Odrobinkę bliżej wody

Właśnie wróciłem z Górek…

Trwają prace przygotowujące jacht do zwodowania. Odpadająca szpachla została usunięta. Walka toczyła się piaskarką, skrobaczkami, nożem, papierem ściernym. To co się dało usunąć zostało usunięte, reszta trzyma się na amen. Dalsze usuwanie spowodowałoby zniszczenie warstwy cynku… Po konsultacjach w marinie z kolegami, fachowcami i wszystkimi świętymi, uznaliśmy, że ta szpachla zostaje.

Jak wiecie Fayka stoi na własnych „nogach” – a jako podkładki służyły opony. Normalnie jachty są na stojakach – stojaki maja łapy, które dotykając do kadłuba, nie pozwalają pomalować pod nimi farbą anty-porostową. Cały jacht jest pomalowany, a w trakcie wodowania odbywa się akcja: jacht jest podnoszony na dźwigu, ludzie biegają dookoła z wałkami i malują pospiesznie pozostałe placki. Pospiesznie, bo każda minuta pracy dźwigu swoje kosztuje. Przy zwykłym antyfoulingu, to żaden problem, bo można jacht praktycznie zaraz potem zwodować, a te świeże placki jakoś w wodzie „dosychają/wiążą”.

Fayka nie ma wprawdzie podpór, ale za to spód kilów i skegu jakoś musi być pomalowany. Dodatkowa trudność wynika z tego, że mój „cudowny” antyfouling powinien przed zwodowaniem schnąć przynajmniej 24 godziny. Pewnie teoretycznie można by zawiesić Faykę na dźwigu na 24 godziny, ale cytując Watto – toydariańskiego handlarza z Tatooine „taniej wyjdzie kupić nowy statek”.

Więc nie było wyboru. Po przyjeździe we czwartek zabrałem się z Panami malarzami za podnoszenie Fayki i zamianę podłożonych opon na drewniane klocki. To umożliwi pomalowanie prawie całego spodu kilów i skegu. Przyrządem używanym do wykonania operacji, był pożyczony od panów bosmanów sporej wielkości ręczny podnośnik – taki „krokodyl”, który często można spotkać w warsztatach samochodowych.

Rufa poszła gładko, potem zabraliśmy się za dziób. Ponieważ „krokodyl” podnosi tylko na kilkanaście centymetrów, musieliśmy podkładać beleczki pomiędzy podnośnikiem, a dnem Fayki.

Całość ładnie się uniosła…. zacząłem wyciągać oponę i TRACH!!! beleczki pękły z hukiem, a Fayka spadła na beton. Pod lewym kilem została moja prawa… rękawiczka. Nie będę udawał, o mało się nie posikałem ze strachu. Czternaście ton stali, uczyniło by ze mnie świetnego pływaka. Z prawej ręki miałbym znakomitą płetwę… Teraz sobie żartuję, ale Darek, gdy mu opowiadałem stwierdził, że takie zmiażdżenia są nie do uratowania. Paluchy trzeba by było obciąć.

Od tego momentu NIKT nie podkładał łap, wszystko było robione przy pomocy kołków i rurek. Walczyliśmy do dwudziestej drugiej. Fayka stoi na kołeczkach. Zainspirowało mnie to do zaprojektowania i zrobienia jakichś eleganckich składanych stojaczków z nierdzewki.

Wieczorkiem napiłem się troszkę z Volkerem… ach te Górki.

Mam na Fayce dwa grzejniki – farelka i olejaka. Niestety jak ostatnia ciapa podłączyłem je do przedłużacza i poszedłem spać, po jakimś czasie w przedłużaczu wyskoczył bezpiecznik termiczny i grzanie się skończyło, a grzanie wewnętrzne jednak nie pomagało zbytnio. Ogólnie było rześko. Ale jak to w nocy, szczególnie po paru piwkach nie czaiłem co jest grane… Dopiero w następnych nocach podłączałem olejaka bezpośrednio do wejścia sieci 230V.

Na ten wyjazd miałem na liście kilka tematów do zrobienia. Dla rozrywki pozakładałem na podwięziach wantowych i achtersztagowych zrobione w zakładzie Żarna uchwyty do bloków zwrotnych fałów rollerów oraz mocowania do Boomlock’a. Pozakładałem na przetyczkach w ściągaczach podkładki dystansowe, zabezpieczają one bolce przed wysuwaniem się, co z kolei powoduje zahaczanie o nie szotów i w konsekwencji prawy szot jest już porwany – do wymiany. Robota była łatwa, ale żmudna. Trzeba było każdą linę poluzować na ściągaczu, zdjąć ściągacz, założyć co było do założenia i zmontować wszystko z powrotem, a potem ponownie napiąć liny ściągaczami.

Zmontowałem bezpieczniki i sterowanie do windy kotwicznej i steru strumieniowego. Gdy przyjdą kable podłączę to wszystko „na gotowo”.

Obgadałem z Panem Wiesławem (szkutnikiem) temat corianowego blatu w kambuzie i łazienkach, gretingu w kokpicie, wykończenia wewnętrznych ramek nadbudówki. pomalowania ramki na monitor. Miałem jeszcze omówić zrobienie stołu w mesie, ale zapomniałem.

Sprawdziłem felerny kil, teraz jest sucho, więc trzymajcie kciuki, by tak pozostało po  spuszczeniu łajby na wodę.

Piątek zleciał, poszedłem spać.

W sobotę w końcu zabrałem się za długo odkładaną robotę. Zamontowanie i wciągniecie docelowych rurek od instalacji  paliwowej. Całą instalację paliwową mam zrobioną jak o się mówi „w miedzi”. Wszystkie ciągi są z rurek miedzianych Φ 10mm, na ich końcach zaciśnięte są specjalne króćce, a ostatnie kawałki podłączone są krótkimi odcinkami zbrojonego węża gumowego (do paliwa). Cała frajda polega na tym, że rurki muszą iść jakimiś sensownymi trasami i trzeba je po drodze wyginać, dbając o odpowiednie promienie zagięcia, nie załamać ich (ani siebie). Czekało mnie podłączenie kuchni, doprowadzenie rurki napełniającej zbiornik rozchodowy ze zbiorników w kilach oraz rurki powrotnej – przelewowej ze zbiornika rozchodowego z powrotem do kilu. To pomysł Leszka na wypadek awarii systemu odcinania pompy napełniającej zbiornik rozchodowy. Bardzo nie chciałbym przeżyć na Fayce przygody z wpompowaniem do zęzy kilkuset litrów ropy. A czegoś takiego doświadczyłem raz i wystarczy. Bełtające się po całej zęzie paliwo, pływające w nim gretingi, cudny aromat na całym jachcie… przy mojej skłonności do choroby morskiej – możecie sobie dopowiedzieć resztę. Aha, to nie była moja wina…

Zaplanowanie całej instalacji i przeciąganie dopasowywanie rurek, docinanie ich, wyginanie zakładanie króćców itd zajęło mi całą sobotę i pół niedzieli, ale zrobiłem… uffff.

Kuchnia jest podłączona. Nie udało mi się jej odpalić – w zasadzie nie to poprostu doczekałem się. Kuchnia Wallas na samą płytę zużywa 0,09l paliwa na godzinę, więc zanim zassie to troszkę czasu upłynie. Chyba będę musiał sam zassać „ustyma” lub jakąś pompką. Chodzi mi też po głowie pomysł zainstalowania ręcznej pompki „primig pump” (zasysającej). A co tam wlazłem na allegro i kupiłem: http://allegro.pl/reczna-pompka-pompa-paliwa-gruszka-do-oleju-10mm-i4079279017.html. W sumie nie chce mi się smakować paliwa i powtarzać tego co sezon…

Rurki do zasilania zbiornika rozchodowego i przelewowa też są podłączone. Pozostaje mi zakupić pompy transferowe elektryczną i ręczną, poczekać aż Panowie z Zakładu Żarna przyspawają kolanka do wlewów. W czwartek zawiozłem te wlewy, na miejscu Panowie wykonali próbę, spawa się znakomicie więc jestem uratowany.

Instalacja pobierania paliwa będzie ciekawa. Zanim zakupię i zaprogramuję docelowy system BEP Marine CZone, planuję zbudować prosty komputerek sterujący, który będzie:

  • dokonywał pomiaru poziomu cieczy w siedmiu zbiornikach – dwa ściekowe, dwa wodne, dwa paliwowe główne, jeden rozchodowy.
  • dokonywał pomiaru energii zgromadzonej we wszystkich trzech bateriach akumulatorów – rozruchowym i hotelowych. Pomiar będzie odbywał się dwojako – napięcie na akumulatorach oraz kalkulacja energii na zasadzie weszło-wyszło.
  • Prezentował wyniki pomiarów na wyświetlaczu alfanumerycznym w postaci czytelnej dla zwykłego człowieka – np: „Ścieki – zbiornik lewy 75% – około 150 litrów ” itp.
  • Włączał alarmy przy zadanych poziomach w każdym z mierzonych obszarów – zbiorniki, akumulatory. Oczywiście ścieki – alarmy „górne”, paliwo główne i woda alarmy „dolne”, zbiornik rozchodowy alarmy „górne” i „dolne”. Akumulatory – alarmy „dolne”. Nie muszę chyba dodawać, że z odpowiednia histerezą. Alarmy będą nadawane poprzez stosowny komunikat, zapalenie ostrzegawczej diody oraz brzęczyk.
  • Automatyzował proces napełniania zbiornika rozchodowego według algorytmu: gdy poziom w zbiorniku rozchodowym spadnie poniżej X, sprawdź w którym kilu jest więcej paliwa, przełącz elektryczny zawór trójdrożny na ten zbiornik, odczekaj aż zawór się przełączy (ok 10 sekund), rozpocznij pompowanie do osiągnięcia poziomu Y, nie dłużej jednak niż zadany czas (coby nie kusić losu z przelaniem zbiornika – choć jest przewód przelewowy). Poinformuj o przebiegu procesu na wyświetlaczu.

I teraz zagadka – jaki zakładam koszt tego komputerka? Oczywiście nie wliczam czujników poziomu cieczy – bo je muszę i tak kupić, boczników elektrycznych i wzmacniaczy prądowych, bo to muszę też mieć. Zawór trójdrożny przemysłowy kupiłem w firmie Washservice z Pruszcza za 230 pln brutto. Dla ciekawości  – stara wersja VETUS do ścieków EBV121 kosztowała ponad dwa tysiące, a nowa jest prawie dwa razy droższa (sic.)

No więc cały komputerek wyliczyłem na 60 pln. Słownie sześćdziesiąt złotych.

Oczywiście do tego moja robota, projektowanie, programowanie itp. Ale to przecież sama przyjemność. A jak się rozpędzę o mogę toto produkować.

Wiesia, gdy się dowiedziała zapytała, czy koniecznie muszę mieć ten system CZone za prawie 20 tysięcy :-). Muszę! Ale swojego komputerka nie będę wywalał… przyda się jako równoległy backup.

Aby nie być gołosłownym powiem, że wyświetlacz ze sterownikiem Hitachi oraz gotowymi czterema przyciskami i diodami kupiłem od gościa w Szwecji na ebay za 6,70EUR 🙂 Będę potrzebował dwa procesory (a w zasadzie mikrokontrolery PIC) po 3 pln sztuka i troszkę drobnicy.  Do stówy nie dobiję na pewno.

Gdy już jesteśmy przy elektryce, to kolega Bartosz zadał mi parę ciekawych pytań odnośnie akumulatorów. Oto jego maile (publikowane za zgodą):
==================
Hey Sławku,

Jakie akumulatory hotelowe użyłeś u siebie? Miałem acu. Vetus AMG, ale po 5 latach się skończył mimo zimowych doładowań i dobrej ładowarki Waeco.

==================
Cześć Bartoszu,

zastosowałem przemysłowe, trakcyjne akumulatory Trojan: T-105 Plus, http://www.trojanbattery.com/product/t-105_plus/ w liczbie 10 sztuk.

Puszczę dzisiaj nowy wpis na bloga i omówię dlaczego taki wybór… inni może też się wypowiedzą lub skorzystają albo skrytykują 🙂
==================
Cześć Sławku,

Da się je kupić w PL? Czy ładowarka musi być jakaś specjalna ? Czy kwas w przechyłach zostanie na miejscu? Niektóre aku. niszczą się jak płyty nie są w elektrolicie. Czytałem również o przypadku śmiertelnego zatrucia oparami z akumulatora, który zagotował się od uszkodzonej ładowarki, oczywiście w nocy w porcie, po drinkach. Niestety ale szkutnik zapakował mi aku. pod hundkoje oczywiście bez wentylacji. Temat drążę, bo muszę wymienić aku. na nowy, ale sprawa nie jest tak oczywista jak by się mogło wydawać, bo im więcej czytam tym więcej niuansów do rozważenia. Czekam na Twój wpis bo na pewno wiele wniesie w tej materii.
==================

Czas więc opowiedzieć o moich akumulatorach.

Na Fayce są trzy banki akumulatorów – rozruchowy akumulator AGM typ MWL 12V 100Ah kupiony od znajomego handlującego akumulatorami. No i dziesięć akumulatorów trakcyjnych Trojan T-105 Plus w dwóch bankach po 4 i 6 sztuk. Łącznie 1225Ah przy 20-Hr Rate. Akumulator rozruchowy, nie jest tematem naszych rozważań. Jego życie jest komfortowe do obrzydliwości, jak w samochodzie albo jeszcze lepiej. Praktycznie zawsze jest naładowany, nic oprócz rozrusznika z niego nie jest zasilane, ma wysoki priorytet ładowania z ładowarki sieciowej, z rozdzielacza diodowego jest ładowany przy każdym uruchomieniu silnika. Więc on padnie, gdy padnie, ale to powinno być za parę ładnych lat.

Akumulatory głównie padają niestety głównie od nadmiernego rozładowania.

Na to właśnie narażone są najbardziej akumulatory „hotelowe/użytkowe”. Oczywiście producenci i handlowcy przekonują nas żeglarzy, że musimy mieć specjalne akumulatory „marine” AGM’y, żelowe itp. Oczywiście ze stosowną ceną.

Zdążyliście już mnie poznać, jestem paskudnym gadżeciarzem, ale podobnie jak moi poznańscy koledzy nie lubię wydawać pieniędzy na bezdurno 😉

Te akumulatory mnie męczyły. 1000Ah potrzebowałem bez gadania – ster strumieniowy, winda kotwiczna, kabestan elektryczny, od metra odbiorników itd. Taką pojemność zapewnia np. sześć akumulatorów VETUS gel battery 1144 Ah, 2 Volt. Po 889EUR sztuka = ponad 22 tysiące złotych 🙁

Pamiętacie z innych wpisów, że mamy z Leszkiem firmę wypożyczającą podnośniki. Część z nich to urządzania elektryczne napędzane akumulatorami. Producent firma Haulotte w zasadzie stosuje amerykańskie akumulatory trakcyjne Trojan. Trojan to jedna z najstarszych firm produkujących akumulatory do zastosowań profesjonalnych. Zresztą produkuje je także dla wielu innych firm pod ich nazwami. Te akumulatory są stosowane w wózkach widłowych, wózkach golfowych, przemysłowych samochodach elektrycznych, maszynach – wszędzie. Czasami jednak trafiały się nam podnośniki z akumulatorami innych firm. I uwaga! Po sześciu latach WSZYSTKIE Trojany nadal pracują, a WSZYSTKIE pozostałe zostały już wymienione. Możecie zgadnąć na jakie 🙂 A trzeba stwierdzić, że panowie robotnicy budowlani nie przykładają przesadnej dbałości do wypożyczanych maszyn…

Ja wybrałem mały model T-105 – 6V. Jest to klasyczny akumulator mokry, kwasowy. Ale po pierwsze ma specjalną mocną konstrukcję z pancerną płytą nośną, nie zdarza się by taki akumulator pękł. Korki inspekcyjne do sprawdzania poziomu kwasu zawierają opatentowany system zaworków który sprawia, że nawet po odwróceniu akumulatora kwas z niego nie wycieka. A odpowietrzają go skutecznie. Można dokupić do nich specjalny system zintegrowanego uzupełniania elektrolitu, który do maksimum upraszcza obsługę. Oczywiście przy moich odbiornikach i tej pojemności ryzyko przeładowania akumulatorów jest minimalne. Jeden bank akumulatorów – 6 szt będzie umieszczony w zęzie, drugi 4 sztuki w pomieszczeniu technicznym, wysoko na rufie, by nawet po zalaniu zęzy wodą mieć dostęp do energii (radio, pompy itd). Akumulatory będą umieszczone w specjalnych pojemnikach z kwasówki – otwartych od góry by zapewnić im wentylację. Pojemniki są po to by w razie jakiegoś rozszczelnienia obudowy kwas nie latał po całym jachcie.

Wentylacja akumulatorów kwasowych jest kluczowa. Podczas intensywnego ładowania woda z elektrolitu rozkłada się na wodór i tlen – mieszankę silnie wybuchową. Zdarzyło mi się raz spawać w garażu u Leszka, nie zauważyłem, że pod stołem ładuje się akumulator. Pierdyknęło tak, że myślałem, że ktoś rzucił granat. A akumulator był na w miarę wolnej powierzchni (pod stołem). Akumulator rozleciał się, a kwas elegancko opryskał wszystko wokół włącznie z moim ubrankiem… Porobiły mi się dziury w ubraniu. Oczywiście nie należy wpadać w panikę, to nie Hollywood i kwas nie zżera od razu pół człowieka, a woda z dużą ilością mydła zaraz go neutralizuje. Ale już kwas w oku może być niefajny , abo w jakichś delikatnych obszarach z odkrytą śluzówką…

Owszem wadą tych akumulatorów jest ich obsługowość, choć nie aż tak uciążliwa jak by się wydawało.

Ale za to ich zalety są nie do pobicia. Te akumulator są naprawdę trwałe, odporne na szorstkie traktowanie, mają dobrą pojemność, dają duży prąd – co jest ważne przy silnoprądowych obciążeniach, jak ster strumieniowy, winda kotwiczna czy kabestan. Bardzo wolno się rozładowują samoistnie. Wytrzymują głębokie rozładowanie. Spodziewam się, że posłużą mi dobre osiem do dziesięciu lat. Aha, wodę trzeba sprawdzać i ewentualnie uzupełniać raz na rok.

I najważniejsze za dziesięć sztuk zapłaciłem niecałe pięć tysięcy pln brutto. Prawie pięć razy taniej niż za VETUS’a (katalogowo). Oczywiście mamy w naszej firmie świetne ceny, kupiłem je przy dobrym kursie dolara, ale gdy ostatnio sprawdzałem mógłbym je wam sprzedać po 550pln brutto sztuka z fakturą VAT 🙂

Jak dla mnie nie miałem żadnych wątpliwości co wybrać. A dodatkowo moje obawy rozwiała dyskusja kiedyś przeczytana na Cruiserforum, tam ludzie pisali by nie cudować i nie dawać się nabijać w butelkę tylko kupić zwykłe akumulatory trakcyjne i mieć święty spokój.

Cóż życie pokaże.

A doradzając Bartkowi – nie wiem jaką ma pojemność obecnie, ale na jego jachcie sądzę, że dwa lub cztery takie trojany powinny wystarczyć, o ile jest miejsce pod koją. Dorobiłbym do niej prostą wentylację wymuszoną wywalająca powietrze na zewnątrz jachtu. Oczywiście z silniczkiem bezszczotkowym i  z sygnalizacją nie działania wentylatora przy ładowaniu akumulatorów – żeby mieć pewność. Co do śmiertelnego zatrucia – cóż ani wodór ani tlen nie są śmiertelnie trujące, czasami może pojawić się odrobinka oparów kwasu siarkowego, ale to bardzo rzadkie. Moim zdaniem nie zatruje na śmierć. Ale nie jestem specjalistą w tej materii.

Ładowarkę mam Waeco MCA1235 – dwa banki hotelowe plus rozruchowy. Dla mnie idealna. Do tego rozdzielacz Argo FET oraz moje panele solarne. Nomen omen dają teraz w kwietniu ponad pięć amperów – rewelacja. Gdy dojdzie wiatroprądnica, generator będzie odpalany tylko od wielkiego dzwonu …

Fotek nie wrzucałem, bo nic spektakularnego się nie dzieje.

 

Opublikowano Gotowe | 5 komentarzy

Sezon stoczniowy 2014…

… rozpoczęty 🙂

Panowie malarze przystąpili do piaskowania kadłuba Fayki pod linia wodną. Trzeba usunąć, nieszczęsną, źle położoną szpachlę, pomalować wszystko podkładem, ponownie wyszpachlować zakamarki, wyszlifować, pomalować znowu podkładem. A potem zakupioną już farbą antyporostową Coppercoat. Zobaczymy, czy wytrzyma tak długo jak obiecuje producent…

W tym tygodniu pomagał mi w pracach Darek.

Mam sporą listę tematów do zrobienia przed pierwszym rejsem – ponad 40 punktów. Udało nam się zrobić sześć tematów. Zamontowaliśmy i podłączyliśmy nowy zawór elektryczny do zbiornika z czarnymi ściekami. Vetus stanął na wysokości zadania i wymienił uszkodzony na nowy … na nowy model – naprawdę Heavy Duty. Ewidentnie poprzedni musiał się psuć, tak więc zaprzestali produkcji i wprowadzili zupełnie inny. Tak na marginesie mój wytrzymał ze dwadzieścia zamknięć i otwarć. Nowy działa jak złoto.

Wymontowaliśmy wlewy paliwa ze zbiorników. To znowu Vetus. Moris wspomniał, że u niego ten wlew przeciekał i nigdy nie dał się uszczelnić. Vetus też wycofał to z produkcji i wprowadził wlewy ze sztywnym kolankiem (bez możliwości regulacji). Na tej regulacji właśnie przeciekało. Chcę zawieść te wlewy do Panów z Zakładu Żarna, by spróbowali przyspawać mi do nich na sztywno aluminiowe kolanka.

Po zdemontowaniu wlewów okazało się, że w prawym kilu (zbiorniku paliwa) jest woda. Około 10-15 cm. Nie mam pojęcia skąd. Woda jest słodka, ale w marinie też jest słodka – smakowałem nawet 🙁 Wkurza mnie o okropnie, bo nie wiem co się dzieje. Wyciągnąłem cała wodę, wysuszyłem gąbeczką do sucha. Trzeba będzie zrzucić jacht na wodę i obserwować. Drugi zbiornik jest suchy. Na szczęście, bo bym sobie „szczelił w łep”

Potem zabraliśmy się za przekładanie okienka do forpiku. Pierwotnie udało się zamontować je tak, że po założeniu sztagu wewnętrznego i rolera, okienko nie dawało się otwierać. Trzeba było je odkręcić, rozkręcić, odciąć Sikaflex i oderwać. Dobrze mówił Pan Andrzej Cichocki, że te kleje mają wytrzymałość 70kg/cm2. Aby oderwać to malutkie okienko musieliśmy podłożyć drewniane beleczki, założyć line (fał foka) i przez duży kabestan i długą korbę powoli oderwać okienko, potem robota z oczyszczaniem, oznaczenie i nawiercenie nowych otworów, odtłuszczenie wszystkiego i ponowne wklejenie okienka. Urobiliśmy się przy tym po pachy.

Jako rozrywkę skróciłem do gotowej długości flaglinki na maszcie, ale opalając linki przypaliłem sobie palucha i spaliłem ulubiony buff 🙁

Pomierzyliśmy blat kuchenny – duża ulga – cały blat kuchenny, plus blaty w łazienkach zmieszczą się na jednej płycie Corianu.

Pomierzyliśmy bramę rufową, projektuję do niej uchwyt na anteny – a będzie ich sporo – GPS główny, GPS do AIS, Antena do NAVTEX, antena do wzmacniacza WiFi, może antena telewizyjna, może antena 3G oraz mocowania do świateł nawigacyjnych rufowych i oświetlenia kokpitu z bramy rufowej.

Darek zdemontował śruby od steru strumieniowego – jedna niestety miała ułamany kawałek skrzydełka – musiałem zamówić nową…

Wieczorami umilaliśmy sobie czas Noteckim oraz morskimi opowieściami. Darek, Rafał i Józek ze swoimi piękniejszymi połówkami dwa tygodnie orali morze … Karaibskie 🙂

W niedzielę zapakowaliśmy się do aut i do domku.

Na ten sezon mam zaplanowane sporo rejsów Fayką. W połowie czerwca płyniemy do Sankt Petersburga (o ile Rosjanie czegoś nie nawywijają – najwyżej pozwiedzamy Litwę, Łotwę, Estonię i Alandy). W lipcu na tydzień  zapanowaliśmy rejs z Darią, Karolem i Jureczkiem po zatoce gdańskiej. Jerzy to nasz wnuk. Teraz ma dwa miesiące, więc w lipcu to będzie już półroczy facet. Najwyższy czas, by zacząć z dziadkiem żeglowanie. W sierpniu z młodzieżą płynę na dwa tygodnie do Sztokholmu, Szwecji i na ogólnie pojęte Alandy. We wrześniu – na początku planujemy wyskoczyć na tydzień – 10 dni na Bornholm. Oczywiście jeśli się uda to może jeszcze coś…

Mam przecież sporo roboty do zrobienia…

Fotki (troszkę) tam gdzie zawsze

http://www.ciunczyk.com/slawek/Fayka/ (strona siedemdziesiąta ósma i dalej)

Opublikowano Gotowe | 7 komentarzy

LBS 2014… i inne

Tak jak planowałem w piątek  10-tego stycznia o 12:20 wyleciałem z Warszawy do Londynu. O 13:55 samolot wylądował na Luton, zaraz był autobusik Train2Plain i za chwileczkę pociąg na dworzec King Cross. Z dworca metro na Paddington i o 16:00 już byłem w pokoju hotelowym – w skromnym, tanim ale świetnie położonym i ze znakomitym serwisem hotelu So Paddington.  Polecam go szczerze. Jak by się zastanowić to do Wrocławia jadę dłużej…

Wieczorkiem poszedłem sobie do przyjemniej włoskiej restauracji w okolicy. Oprócz świetnego jedzenia, lubię ją dlatego, że większość kelnerów to Brazylijczycy i mogę sobie pogadać po portugalsku 😉 Aha… zjadłem doradę soute z warzywami na parze.

Potem do hotelu, poczytałem sobie w łóżku ze dwie godzinki. Mam ostatnio fazę na skandynawskie kryminały, najpierw była saga Millenium Stiega Larsona, potem serial  Varg Veum Gunnara Staalesena (12 odcinków). Teraz czytam po kolei serię z Harrym Hole autorstwa Jo Nesbø. Nastrój może niezbyt radosny, ale wciąga toto pieklenie. Jedyne co mnie wkurza to jakość przygotowania ebooków – generalnie zupełna amatorszczyzna. Na moim nie najnowszym czytniku książki Nesbø otwierają się strasznie wolno. I wolno przerzucają się strony. Zajrzałem im do wnętrza – są nieprawidłowo przekonwertowane 🙁

A książki na czytniku, to z żeglarskiego punktu widzenia dla mnie bardzo ważna sprawa. Ostatnio bardzo dużo książek kupuję, tworzę sobie bibliotekę na długą podróż. No bo zakładając, że jedną książkę 350-400 stron czytam tydzień (mam też inne zajęcia), to na rok potrzeba mi 52 książki. Zatem na trzy – czteroletni rejs potrzebuję ponad 200 książek. Mam już w swojej elektronicznej bibliotece prawie 700 pozycji. Ale niestety ponad połowa jest przeczytana hi hi…. Myślę, że uzupełnię jeszcze ze 150 i będzie OK.

Wracamy jednak do Londynu. W sobotę rano pogoda była przecudna – słoneczko na lazurowym niebie, bez jednej chmurki. Po śniadanku (niestety kontynentalnym, a nie angielskim) wskoczyłem w metro – pojechałem do stacji Tower of London, skąd trzeba przejść na Tower Gateway – a stamtąd leci DLR do stacji Custom House for ExCeL.

150 metrów spacerku pod dachem i jesteśmy na targach. Niestety targi okazały się być dwa razy mniejsze niż ostatnio – tym razem tylko jedna hala. W drugiej coś było, ale tylko wycieczki Cruiserami jak Costa Concordia. BTW może powiem coś szokującego, ale byłem z żonką na takiej wycieczce i podobało mi się bardziej niż na początku przypuszczałem.

Ogólne wrażenie po LBS mam takie, że branża żyje, nie daje się pognębić, ale do euforii jeszcze daleko.

Obejrzałem kilka nowych jachtów wewnątrz, ale cóż wszystko teraz jest jednakowe. W środku dominuje wykończenie a’la IKEA, na zewnątrz malutkie kabestany, malutkie kotwice, bazowe wyposażenie. Jachty na chorwacki lansik i to z dala od Bora czy Jugo.

Pewnie jestem już zupełnie zboczony z tym moim stalowy czołgiem…

O motorówkach nie będę pisał, o kajakach też. Ale parę rzeczy przyciągnęło moją uwagę:

  • Coppercoat™ – jak wiecie całe malowanie anty porostowe na Fayce wraz ze szpachlą idzie się zaprzepaścić 🙁 Oglądałem różne powłoki na targach i ten produkt wydaje mi się bardzo atrakcyjny. Perspektywa pomalowania jachtu poniżej linii wodnej raz na zawsze, jest bardzo kusząca. Wziąłem materiały i poprosiłem o ofertę. Z wstępnych szacunków powinno to być 2 × droższe niż klasyczny anti-fouling, ale ma wytrzymać 15 lat, a nie dwa!
  • Ultrasonicworks –  dalej w temacie walki z Frutti di Mare. Wspominał mi o tym kolega Marek z jachtu Liberi. Jest to system generowania fal ultradźwiękowych, które obrzydzają nasz jacht wszelkim bytom wodnym, które chciały by się załapać na gapę. Chyba poczekam, aż Marek zainstaluje i przetestuje 😉
  • Lornetki Steiner – cóż to nie jest kwestia tego, czy chcę kupić taką lornetkę, tylko kiedy będzie mnie na nią stać. Szczególnie, że chciałbym, aby to był model Commander Global 7×50 with Compass. A to półeczka z napisem 2kUSDplus 🙁 Ale sobie na targach podotykałem, popatrzyłem, pobawiłem się. Volker ma Steinera – zazdroszczę mu…
  • Silnik Torqeedo TRAVEL 1003. Oczywiście wiecie, że na Fayce nie ma gazu! Wszystko jest na Diesla. Problem, który mnie cały czas męczył to silnik do pontonu i benzyna do niego. Silnik przyczepny ma z mojego punktu widzenia kilka wad. Po pierwsze jest ciężki, wtachanie go z pontonu do jachtu to zawsze jest problem. A gdy na jachcie są tylko 2 osoby, naprawdę zaczyna być trudno. Typowy silnik 5 koni Mercury 5 M waży z paliwem 26,5 kg Moje dziewczyny raczej go nie uniosą. Po drugie wymaga benzyny jako paliwa. Benzyna śmierdzi, jest łatwopalna, wybuchowa, paruje. Trzeba ją gdzieś przechowywać. Wspomniany Mercury zużywa około 1,5 litra na godzinę. Zatem 10-litrowy baniaczek wystarczy nam na 7 godzin pływania – niby sporo, ale gdy zużyjemy to paliwo to koniec, musimy znaleźć miejsce, gdzie da się zatankować benzynę. I to niezależnie od tego ile mamy paliwa do naszego silnika głównego. A na jachcie benzyny nie wyprodukujemy zbyt łatwo… Trzeci problem to serwisowanie – trzeba pamiętać o oleju, smarowaniu, uszczelkach itd itp. Czwarty to odpalanie. Dopóki silnik jest nowy to nie ma problemu – szarpiemy za rączkę i jedziemy, ale z czasem to jest coraz zabawniejsze – szczególnie na chybotliwym pontonie. Najchętniej nie kupowałbym wcale silnika do pontonu. Cóż, ale jak tu stojąc w romantycznej zatoczce zabrać swoją Panią do knajpki na kolację i dymać wiosłami … mało to eleganckie i taki spocony facet też nie jest zbyt sexy. Dlatego, gdy zobaczyłem stoisko Torqeedo zamurowało mnie. Nie mogłem uwierzyć, że takie produkty naprawdę już istnieją. Porozmawiałem z kolesiem na stoisku i zaproponował mi model Travel 1003 z wbudowaną baterią 18 Ah. Ten silnik odpowiada silnikowi spalinowemu o mocy 4 konie (siła ciągu). Troszkę mniej niż nasz wspomniany Mercury, ale silniki elektryczne są dużo elastyczniejsze więc z nim, bym go porównywał. Silnik składa się z trzech części, kolumny, manetki i baterii. Całość waży 13.4 kg, z czego bateria 4,5 kg, a sam silnik 8,9 kg. Wiesia, śmiała się, że to tyle co jedna siatka z zakupami. Mniej niż zgrzewka mleka. Wszystkie elementy są całkowicie wodoszczelne, można je utopić, wydobyć i płynąc dalej. Producent podaje, że ten model może napędzać jednostkę do 1,5 tony. Mój ponton Zodiac Cadet ma mieć wagę 38kg, do tego pięciu ludzi po 90 kg – razem z silnikiem pół tony – jedna trzecia! Na jednym ładowaniu zależnie od odkręcania manetki pojedzie od 6h20min do 40min co przekłada się na zasięg od blisko 24 km do 5,2 km. Mówiąc obrazowo, na jednym ładowaniu można dopłynąć z Górek Zachodnich na Hel. Nasz wspomniany Mercury trzeba by po drodze tankować cztery razy. Oczywiście potem baterię trzeba naładować. Można jednak to zrobić na własnym jachcie, na którym będę miał mnóstwo źródeł energii. Do tego zero serwisu, cichutkie, czyściutkie, żadnego odpalania, szukania stacji z benzyną. Można dokupić składany panel słoneczny, który ładuje baterię w tracie płynięcia. Przechowywanie silnika to też sama przyjemność – trzy eleganckie części, bez żadnych smarów, spalin. Pakujemy do torby, do bakisty i koniec. A cena? W Polsce wspomniany Mercury kosztuje 6,5 tys. inne podobnie. Torqeedo Travel 1003 kosztuje 8,2 tys. jest to o 1,7 tys. drożej, ale nie jest to aż tak dużo drożej jak myślałem. Na CrusingWorld jest praktyczny opis tego silnika zamocowanego do jachtu jak silnik pomocniczy: http://www.cruisingworld.com/gear/electronics/torqeedo-travel-1003-electric-outboard-banishing-the-fumes?page=0,0. Z prawdopodobieństwem 99% kupię taki silnik.

Do tego na targach było sporo ciuchów, ubezpieczeń, akcesoriów itd. Nawiązałem też parę kontaktów w związku z moim rodzącym się projektem oświetleniowym.

Po całym dniu zwiedzania nogi wlazły mi tam, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę…

O siedemnastej miałem dość, wróciłem do hotelu, odświeżyłem się, poczytałem troszkę i poszedłem na kolacyjkę. Tym razem zawinszowałem sobie gruby, wysmażony na „tres-cuatros” stek wołowy, dwie pinty piwka, pieczony ziemniaczek ze śmietaną. I kto powie, że kuchnia angielska jest słaba 😉

W niedzielę pobudka, poranne ablucje, śniadanko …. cały czas kontynentalne niestety… potem troszkę poczytałem i pojechałem na lotnisko. Wieczorkiem byłem w domku.

Podczas rozmów z różnymi wystawcami i zwiedzającymi panowała powszechna opinia, że targi w Londynie tracą swoje znaczenie na rzecz Southampton oraz targów w Düsseldorfie.

Ponieważ zaraz za tydzień ruszały te ostatnie, postanowiłem wybrać się do stolicy Północnej Nadrenii-Westfalii .

We wtorek 21-szego wskoczyłem w autko – 4 km od chaty mam autostradę – którą po 8h20min dojechałem do hotelu w centrum. Rano nie tracąc czasu śmignąłem na teren targowy. Muszę przyznać, że targi w Düsseldorfie są troszkę większe niż w Londynie. Jak wspominałem w Londynie była jedna hala – choć ogromna – pewnie ze piętnaście razy większa niż nasza na Wiatr i Woda (nazywane czasami Wiadro i Wóda). W Düsseldorfie było razem 19 – dziewiętnaście hal! Owszem nie wszystkie takie ogromne, ale jednak to bądź co bądź jedne z  największych targów wodnych na świecie.

I znowu – szału nie było. Naprawdę chyba się starzeję. Wszystkie te nowe jachty francuskie, niemieckie, włoskie, zupełnie mnie nie rajcowały. Plastik, plastik, plastik. Joseph Conrad pisał „Dawniej statki były z drewna, a ludzie z żelaza. Dziś statki są z żelaza”, a ktoś na jakimś forum dodał…. no a teraz to wszystko plastik…

Do luksusowych jak Oyster nawet nie podchodziłem. Brzydziło mnie ich podejście do zwiedzających – zorganizowana recepcja, ogrodzenie, konieczność zapisania się na listę by dostąpić łaskawego zaszczytu dotknięcia luksusu. Brrrrrr wolę moją Faykę. Jachcik ciasny ale własny.

Druga sprawa to praktycznie identyczny wygląd wszystkich konstrukcji. No może nie wszystkich. Jedna firma – nie pamiętam, która wystawiała nowy jacht. Oczywiście ze wszystkimi nominacjami do nagród rozdawanych przez JTWA (Jachtowe Towarzystwo Wzajemnej Adoracji). Ten się wyróżniał, bo miał design jak regatówki w Vendée Globe. Takie płaskie, trójkątne, naleśniki. Te jachty oczywiście pędzą jak szalone, wyciągają ponad 20 węzłów. Ale równocześnie są bardzo niebezpieczne, bo jak się wywrócą to już tak zostają. One są bardziej stabilne masztem w dół niż w górę. I o ile na Vendée Globe jadą nimi zawodowcy, najlepsi na świecie, z profesjonalnymi załogami, o tyle na targach ten jacht był skierowany do przeciętnego urlopowego żeglarza. To moim zdaniem zabawa z naładowanym pistoletem. Co z tego, że jest szybki jak błyskawica. Pytanie jak się zachowa, gdy na pokładzie będzie rodzina z dzieciakami, a nagle powieje trochę wiaterku. Choćby Bora czy Mistral. Myślę, że Pan Czesław Marchaj tylko by się za głowę złapał. Najgorsze, że to wszystko w świetle jupiterów, fleszy, z błogosławieństwem gazet żeglarskich.

Ale cóż, nie mój cyrk nie moje małpy…

Miałem bardzo fajne spotkanie z panami sprzedającymi spinakery Parasailor (chcę taki kupić dla Fayki). Spotkanie były bardzo wartościowe, bo dostałem dokładne porady co powinienem dobudować na bukszprycie, by manewrowanie tym spinakerem uczynić dziecinnie prostym… A czas jest dobry, bo będę na bukszprycie dorabiał szynę do stawiania CodeZero.

Miałem też rozmowę w hali ze sprzętem do nurkowania. Zapytałem na stoisku z kompresorami do ładowania butli czy mój generator 4kW pociągnie ich najmniejszy kompresor. Powiedzieli mi, że nie i że nie znają firmy która, by miała tak mały kompresor. Zatem muszę zrobić miejsce na 8-10 butli do nurkowania. Na szczęście mam takie miejsce.

Od łażenia cały dzień, nogi wlazły mi tam gdzie ….

Przyjrzałem się też co konkurencja oferuje w obszarze mojego projektu oświetleniowego. Nie jest źle 😉

Do hotelu wróciłem dość późno, bo odstałem w korku z półtorej godziny.

Rano pobudka, poranne ablucje, śniadanko oczywiście na kontynencie nie-kontynentalne, wskoczyłem w autko i do domu.

W czwartek jadę do mariny, trzeba podładować akumulatory (naprawdę). Mam też do odebrania prace z Zakładu Żarna.

Opublikowano Gotowe | 1 komentarz

Już za tydzień LBS

W przyszły piątek lecę do Londynu na targi London Boat Show. To będą już moje trzecie lub czwarte. Ostatnio było dość mało wystawców więc dopychali samochodami sportowymi. Ale w sumie dla faceta zobaczyć w jednym miejscu stado Ferrari, Lamborghini, Porsche, Aston Martin, Bugatti czy nawet „zwykłych” Mercedesów SLS w tuningu Brabusa to spora frajda. Mam jednak nadzieję, że kryzys mija, branża się podnosi i będzie więcej „boat show”. Jadę też biznesowo, bo mój jachtowy produkt oświetleniowy nabiera rumieńców i może od wiosny zacznę jego komercjalizację – na początek w Europie. Po rozglądam się za, jak to brzydko mówią „opportunities” 🙂

A w następnym wpisie opowiem Wam dokładnie co to jest.

No i zdam relację z LBS.

A z drugiej strony Londyn jest jednym z moich ulubionych miast… uwielbiam go.

Dobra, pewnie pytacie co z Fayką?

Jak wspomniałem jestem bardzo zajęty finalizacją mojego projektu. W wolnych chwilach projektuję i robię rozmaite drobiazgi. A są to między innymi:

  • Panel gniazd i wyłączników do komputera nawigacyjnego.
    Mój komputer nawigacyjny chorwackiej firmy Locomarine ma mnóstwo portów wejścia/wyjścia 8 × USB, 3 × RS232 1 × RS485 2 × 1GB NET. Wszystko było by cacy gdyby nie to, że komp jest przykręcony wewnątrz stanowiska nawigacyjnego i nie ma dostępu do gniazd. Więc zaprojektowałem i wykonałem ozdobny panel, który ma doprowadzone 6 × USB z sygnałem z kompa, 2 × USB z silnym zasilaczem +5V 1.5 A jako ładowarki (komputer może dać niecałe 0.5A) do telefonów itp. Na panelu jest też gniazdo sieciowe Ethernet podłączone do jachtowego routera, jest gniazdo zapalniczki 12V do ładowania, dwa złącza zaciskowe z napięciem 12V, dwa gniazda DSUB 9 RS232 – jedno podłączone do komputera drugie do mojej sieci danych NMEA i ma sygnał GPS w NMEA183. Te gniazda to moje dodatkowe sprytne zabezpieczenie na wypadek awarii. Gdy wysiądzie sieć danych, do gniazda „komputerowego” na panelu podłączam GPS ręczny (mam takiego wodoodpornego Garmina) i nawiguję dalej. Gdyby zaś wysiadł komp to rozkładam mój pancerny notebook wojskowy, podłączam go do gniazda na panelu z sygnałem GPS i nawiguję dalej 🙂 Ostatnia rzecz na panelu to włącznik zasilania kompa oraz lampka kontrolna włączenia.
  • Docelowe mocowanie monitora.
    Zaprojektowałem zapinane mocowanie monitora nawigacyjnego, a panowie z zakładu Żarna mi to robią.
  • Tuleja do EchoPilot.
    Nie wspominałem wcześniej, ale podczas przygotowań do rejsu zauważyliśmy, że „nierdzewna” tuleja do sonaru EchoPilot jest cała paskudnie skorodowana. Na moje pytanie do sprzedawcy z Anglii „What the f.. k?” odpowiedzieli mi, że producent stwierdził, że to oczywiście nie jest nierdzewka tylko zwykła stal i powinienem był ją pomalować. Szlag mnie trafił. Rozpętała się zażarta dyskusja. Producent próbował mi udowodnić, że tak musi być. Argumentacja była rozmaita. Najbardziej ubawiło mnie stwierdzenie, że do swojego „działania” stal nierdzewna potrzebuje tlenu, a w wodzie go nie ma. Ja na to, że rację mają częściowo, bo o ile prawdą jest pierwsza część ich stwierdzenia, to druga nie do końca jest prawdziwa. Moim zdaniem w wodzie jest tlen i to całkiem sporo. A dowodem na to jest dość intensywne życie zwierzęce w wodach na ziemi. I tak w kółko. Po trzech tygodniach koniec końców wściekłem się i posłałem im kopię faktury z podkreślonym „Stainless Steel Fitting” poddali się i oddali mi 306 funciaków. Wymontowałem zardzewiały szajs i dałem do panów z zakładu Żarna, by zrobili mi kopię z kwasówki.
  • Sztorc klapa.
    walczę z projektem składanej sztorc klapy do wmontowania w wejściówce. Ponieważ będzie to z blachy kwasoodpornej możecie zgadywać komu zlecę wykonanie 🙂
  • Wyciąg kuchenny.
    Rozwija się mój projekt wyciągu/okapu kuchennego. Mam już do niego wentylatory. Kupiłem specjalne 12V wentylatory od profesjonalnych serwerów. Taki wentylator ciągnie lepiej niż… no… ciągnie tak, że może wessać administratora do wnętrza serwera. Kupiłem komplet 5 szt za 10 USD na eBay’u. Sprawdzałem. Gdy podłączam pięć sztuk, to nawet bigos będzie można bez strachu gotować na Fayce.
  • robię powolutku projekt mocowania telewizora oraz panelu gniazd do niego.
  • dograłem z panem Wiesławem (szkutnikiem) szczegóły realizacji gretingu w kokpicie.
  • mam też wszystkie elementy do mojego jachtowego wzmacniacza WiFi jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem powinien mieć zasięg ok.10 km. Więc bez problemu możecie sobie stać na kotwicy w Portofino i łapać WiFi z baru 🙂 Ten projekt być może także doczeka się komercjalizacji. Kto wie?

Do tego sporo robię drobnicy, planuję prace na ten rok, rejsy…

Z prac szkutniczych zostało mi pół arkusza sklejki Okume 8 mm. Nie mając co z nią zrobić postanowiłem ją pożytecznie wykorzystać i zrobić z niej wspomniane wcześniej wieszaki zaprojektowane przez Darię. Po pierwszej nieudanej próbie nastąpiło kolejne przeprojektowanie i w końcu mam dziewiętnaście eleganckich wieszaków. Pewnie zapytacie co za idiota zadaje sobie tyle trudu, by robić własne wieszaki do ubrań. Otóż problem z wieszakami „kupnymi” jest taki, że mają długi haczyk oraz nisko opadające ramiona. W efekcie od góry szafki dobre 25 centymetrów przestrzeni jest zmarnowane. Mój wieszak jest bardzo płaski/niski i w stosunku do standardowego pozwala zaoszczędzić jakieś 15 cm. A to wystarcza, by kurtka od sztormiaka wisiała wygodnie, a nie ciągła się po dnie szafy. Gdyby ktoś był zainteresowany, proszę o kontakt – mogę zrobić na zamówienie w dobrych cenach. Na fotkach widać jak wyglądają – oczywiście na razie są surowe – oszlifowane. Na wiosnę pomaluję je kilkoma warstwami lakieru.

Pod koniec stycznia wybieram się do mariny. Spojrzę co i jak, podłączę akumulatory do naładowania.

Fotki (dwie) tam gdzie zawsze

http://www.ciunczyk.com/slawek/Fayka/ (strona siedemdziesiąta ósma)

Opublikowano Gotowe | 3 komentarze

Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku

https://news.nationalgeographic.com/news/2010/10/photogalleries/101004-census-of-marine-life-mr-blobby-new-species-photos-science-pictures

Wszystkim moim wiernym czytelnikom (i tym niewiernym też) z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia pragnę przesłać najserdeczniejsze życzenia zdrowych, pogodnych, radosnych chwil w gronie ukochanych najbliższych.

A w Nowym Roku życzę Wam wszelkiej pomyślności, szczęścia w życiu osobistym, sukcesów pracy i by każdy z Was miał kiedyś okazję osobiście zobaczyć takie cudo jak to na obrazku…

wasz

Sławek

Opublikowano Gotowe | 1 komentarz

Frutti di Mare vel Marisco vel Fruto do mar vel Meeresfrüchte vel Морепродукты vel …

… koszmarne g… do skrobania 🙁

To jak jachty w Górkach obrastają pąklami i wodorostami przeszło już do historii.

Istnieje powszechne przekonanie, że źródłem tak intensywnego narastania tych cholerstw, jest niezwykła żyzność wody w Wiśle, będąca skutkiem nawożenia jej przez „Fosforową Górkę”. O tę hałdę mamy nawet spór z Finlandią – co opisała trójmiejska Gazeta: Duzo_fosforu_wycieka

Nie trzeba naukowych badań – wystarczy zobaczyć jak wyglądał ster Fayki po wyjęciu jachtu z wody. I nie tyko ster, wszystko, co nie zostało zabezpieczone farbą anty-porostową porosło 🙂

W ostatnią sobotę – wyciągnąłem Faykę z wody i przygotowałem ją do zimy. Do pomocy w sobotniej operacji przyjechali Darek i Kasia. Roboty było sporo, bo trzeba było: opróżnić zbiorniki ściekowe, zdjąć żagiel, sklarować liny, przestawić jacht, pomóc przy wyciąganiu go dźwigiem, oskrobać wspomniane „Owoce”, umyć kadłub, spuścić wodę z instalacji wody pitnej, napełnić niezamarzającym płynem do chłodnic instalację chłodzenia silnika, instalację toalety, system zasilania w wodę spłukującą, system wypompowywania szarych ścieków, opróżnić i umyć lodówkę – zostawić ją do rozmrożenia, wydobyć i zapakować jedzenie i picie, które nie przeżyłoby mrozu i wilgoci, osuszyć wyczyścić zęzy, sklarować i schować cumy i odbijacze.

Jestem im bardzo wdzięczny za pomoc.

Panowie bosmani postawili Faykę prawie na samym brzegu – nie mam wózka (bo nie muszę) i Fayka powinna być zrzucona na wodę w pierwszej kolejności – inaczej będzie blokować inne jachty w marinie. Więc pewnie na początku kwietnia już pójdzie do wody.

Ale generalnie widok mariny z jachtami na lądzie jest dla mnie bardzo przygnębiający.

Z pozytywnych rzeczy – potwierdziło się, że Fayka jest dobrze wyważona – linia obrośnięcia jest dokładnie „zgrana” z narysowaną teoretyczną linią wodną – którą oczywiście powinienem był narysować o 15 cm wyżej – bo tak się przecież zawsze robi – jak napisał mi Paul, gdy już Fayka była w wodzie 🙁

Po wyjęciu i umyciu jachtu okazało się, że pod linią wodną poodłaziło mnóstwo placków szpachli. Moim zdaniem jest to wina rozcieńczania szpachli epoksydowej przez Tomka. Niestety Tomek robił to bez mojej wiedzy – bo tak mu się łatwiej szpachlowało. Nie pilnowałem go i teraz mam za swoje. Prawdopodobnie cały spód jest do zdarcia, delikatnego ponownego zaszpachlowania, pomalowania podkładem, zagruntowania i pomalowania anty-porostem. Sporo roboty i niestety kasy – bo antyporost miał starczyć na trzy sezony, a poszedł się … zaprzepaścić (cytując Radosława Majdana).

Pewnie nowa linia wodna nie będzie malowana, tylko za przykładem kolegi Marka z pięknego jachtu Liberi, nakleję białą taśmę odblaskową firmy 3M.

Pewnie jeszcze kilka razy wpadnę do Górek, muszę ustalić trochę szczegółów z Panem Wiesławem – szkutnikiem, odnośnie gretingów w kokpicie, obróbki drewnem ścianek nadbudówki w kokpicie, suwklapy oraz sztorckalpy. Do tego, dla zachowania sprawności akumulatorów, konieczne jest ich sprawdzenie i naładowanie, by nie uszkodziły się na mrozie. Koledzy wspominali, że do Górkowych tradycji należą zimowe spotkania przy ładowaniu akumulatorów. Celowo nie dawałem nic w cudzysłowie, bo zaraz będą jakieś złośliwości. A przecież my tylko niesiemy pomoc naszym jachtom…

Ale zanim Fayka stanęła na lądzie, udało mi się sporo zrobić przez ostatnie trzy tygodnie:

  • dokończyłem zamknięcia klapy rozdzielni elektrycznej
  • dopasowałem klapę telewizora, zamocowałem zamknięcia do niej oraz wkleiłem listwy dystansowe zabezpieczające telewizor przed uszkodzeniem, nawet gdybym całym nadmiernym ciężarem mojego ciała poleciał na tę klapę. Zresztą robiłem to dwa razy, bo pierwsza wersja po zamocowaniu i wklejeniu wydała mi się brzydka. Wziąłem więc w lewą dłoń dłuto, w prawą młotek i wychlastałem wszystko. Potem odnalazłem elegancki kawałek kątownika z masywu Sapeli i zrobiłem z niego listwę. Teraz mi się podoba.
  • Zbudowałem i zamocowałem obudowę na klapę rewizyjną/serwisową silnika w kabinie armatorskiej.
  • Uporałem się z większością elektroniki. To wymaga szerszego omówienia…

Ale najpierw jeszcze jeden króciutki rejsik po zatoce. Pan Dawid z Sail Service zadzwonił do mnie i spytał czy moglibyśmy się przepłynąć, bo chciałby zobaczyć jak śmiga mój CodeZero. Jak dobrze wyczułem, jest u nich pewne parcie na promowanie tego żagla wśród klientów. Uważam zresztą, że uzasadnione. Powiedziałem, że OK i umówiliśmy się na piątek. Tuż przed przyjazdem Pan Dawid zadzwonił i spytał, czy mogą być we trzech – odpowiedziałem, że oczywiście no problem. Trochę się zdziwiłem, gdy okazało się, że ci dodatkowi goście to słynny konstruktor i regatowiec Pan Piotr Adamowicz oraz jego klient Andrzej (nazwisko znane redakcji 🙂 dla którego Piotr prowadzi nadzór nad budową stalowego jachtu Bruceo. Pogoda była śliczna, wiał spokojny wiaterek -12-16knt, świeciło piękne  słoneczko – temperatura 20 stopni (sic.). Troszkę wiatr dopychał do kei, było bardzo ciasno, bo Fayka stała wduszona pomiędzy Województwo Toruńskie a Jaśkowy Dworek. Koniec końców nasze odejście nie było z tych, którymi chciałbym się chwalić. Niczego wprawdzie nie porysowaliśmy, ale dwaj Panowie (jeden z mojego, drugi z innego jachtu) niepotrzebnie zdynamizowali konwersację. To mnie utwierdza w przekonaniu, że przy takim jachcie jak Fayka, ster strumieniowy to nie fanaberia, a zwykła konieczność. Szczególnie, gdy się go ma zamontowanego i tylko trzeba podłączyć kabelki.

Pływanie wyszło świetnie, żagielek spisywał się na medal, Pan Dawid nacykał fotek i zresztą wrzucił je na Fejsa.

Ja zaś pilnie słuchałem uwag Piotra, bo jak facet, który ma ponad 100 pucharów za wygrane regaty coś mówi o trymowaniu żagli, to trzeba go słuchać i zapamiętywać.

Rejsik był bardzo przyjemny. A cumowanie wykonaliśmy perfekcyjnie.

Pan Dawid zabrał ze sobą Genuę, bo trzeba poprawić niebieski pasek zabezpieczający przed UV – jest za wąski i nie zakrywa dokładnie żagla po zrolowaniu.

To było w piątek 25-tego października, a w sobotę wieczorem Pan Dawid zaproponował mi, że możemy przeeksperymentować dodatkowy system prowadzenia refszketli w oczkach z tyłu żagla. Taki system jest ma jachcie kapitana Gutkowskiego. Powiedziałem, że jak za darmo to ja chętnie. No to Panowie z  Sail Service zdemontowali też grota.

Gdy wspominamy o Sail Service, to na Fayce pojawił się ładny zapinany pokrowiec na koło sterowe i postument. Zamówionego i obiecanego Lazy Jack’a nie udało się na razie zrobić 🙁

Wracam do elektroniki. Działało mi wszystko oprócz komunikacji sieciowej MFD (Multi Functinal Display) Furuno z komputerem i radarem. Cała struktura systemu NavNET3D Furuno oparta jest na zwykłym Ethernecie.  Oczywiście Furuno oferuje „specjalny dostosowanych do ich systemu, morski router”, ale to jest oczywiście pic na wodę. Po co dawać za router 8 portowy 600 EUR netto, gdy 16 portowy Netgear kupiłem za 100 (sto) złotych. W dodatku mam na jachcie trochę urządzeń do podłączenia do sieci. A są to:

  1. MFD Furuno – chartplotter
  2. DRS2D – Radar UHD
  3. Komputer PC Locomarine
  4. Antena aktywna zewnętrzna WiFi np. Ubiquiti BulletM2HP
  5. Access Point wewnętrzny – pokładowy
  6. Dysk sieciowy NAS
  7. Telewizor SmartTV
  8. Gniazdko LAN w kabinie dziobowej
  9. Gniazdko LAN w kabinie rufowej
  10. Gniazdko LAN w mesie
  11. Gniazdko LAN na stanowisku nawigacyjnym

i jak widać zostaje tylko pięć wolnych gniazdek na routerze. Aha, no i pewnie router rozkręcę i polakieruję go wewnątrz specjalną żywicą zabezpieczającą przed wilgocią.

Nawet samo Furuno na swojej stronie pisze, że można używać zwykłych routerów. Są pewne niuanse, gdy jest więcej niż jeden MFD na jednostce – ale mnie to nie dotyczy.

Chyba już pisałem o tym, ale przypomnę – gdy w tamtym roku rozłożyłem cały system radaru na podłodze w domu, za nic nie wiedziałem jak podłączyć do niego kabel – dostarczony w pudełku. Zapytałem Jim’a z MEI LTD, wysłałem fotki i okazało się, że Furuno dostarczyło mi zły kabel. Ponieważ Daria z Karolem jechali do Londynu pomyślałem, że dam im ten kabel do wysyłki z Londynu – powinno być dużo taniej.

Zrobiłem im niezłego psikusa. Kabel nie przeszedł kontroli bezpieczeństwa – jest powszechnie wiadome, że kable do radarów Furuno są podstawowym narzędziem używanym przez terrorystów z Al-Kaida do zamachów na samoloty. Takim dwudziestometrowym kablem ważącym z 7 kilo można udusić pilotów, stewardesy i z połowę pasażerów. A nawet wszystkich można zabić – śmiechem. To co się wyrabia na lotniskach, to już ostatnio są jaja. A reportaż o dzieleniu „łupów” odebranych pasażerom przez ochronę na lotnisku utwierdził mnie w przekonaniu, że o te łupy właśnie chodzi. Ale po co komu taki kabel ?!

Kabel został więc na lotnisku i wysłałem go ostatecznie Pocztą Polską.

Dostałem nowy – po jakimś czasie.

Ten kabel Pan Janek wciągnął mi do masztu i podłączył do radaru. Technicznie ten kabel składa się z dwóch sklejonych ze sobą porządnych ekranowanych trzykrotnie izolowanych kabli. Jeden to zasilanie radaru – 48V. Drugi to kabel Ethernetowy z dwoma standardowymi końcówkami  RJ45 po obu stronach. Te końcówki są przylutowane i zabezpieczone koszulkami termokurczliwymi. Standard wykonania w miarę porządny – umiem tak zrobić 🙂

Ten kabel z jednej strony idzie do MFD, z drugiej do radaru. Ja go rozciąłem i podłączam do routera zgodnie z instrukcją Furuno.

Podłączyłem – i co, i nic – nie działa. Router nawet nie sygnalizuje, że coś jest podpięte. Złączyłem na powrót – podłączyłem bezpośrednio MFD z Radarem – też nic.

No to zacząłem systematycznie. Najpierw podłączyłem MFD do routera „na krótko” zwykłym patchcord’em, jaki każdy ma w domu do podłączenia do sieci Ethernet komputera – drukarki, routera, Neostrady itp. Włączam MFD, komputer – działają – widzą się – hura.

No to miernik w łapę i sprawdzamy kabel. Co się okazuje. W kablu Ethernetowm typu UTP jest osiem przewodów w czterech parach. Są to pary pomarańczowa, zielona, brązowa i niebieska. Każda para ma kabelek w kolorze litym i biało-kolorowym. Wszyscy wiedzą, że w standardzie 10/100 MB (a w takim pracuje NavNET3D) wykorzystywane są dwie pary – pomarańczowa i zielona. Pozostałe dwie są nieużywane. Chyba, że pracują w tzw. systemie podwójny duplex. Ale to inna bajka.

W kabelku dostarczonym przez Furuno podłączone były pary pomarańczowa i niebieska, a powinny być pomarańczowa i zielona – tak jak w dokumentacji technicznej. Trochę ciachnięć nożykiem, w ruch poszła lutownica. BTW kupiłem sobie na jacht lutownicę gazową Dremel VersaTip. Fajna, bo nie potrzebuje prądu i jest wielofunkcyjna – także działa jako opalarka i nóż termiczny np. do lin. Więc połączyłem kabelki właściwie – podłączyłem MFD do routera i proszę bardzo pięknie działa. Na „Sopockim Lansiku” już z tego korzystaliśmy. W następnym tygodniu postanowiłem sprawdzić radar. Kupiłem długie patchcord’y – 15m. Kupiłem szelki/ławeczkę bosmańską do asekuracji przy włażenu na maszt. Przyjechałem do Górek i w tym momencie nawinął się Volker. Zapytałem go czy mi pomoże. Pomógł. Gdy przygotowywałem się do włażenia przypomniały mi się dwie historie. Pierwsza, gdy byłem na rejsie na Pogorii. Akurat tak się złożyło, że dopisałem się na rejs do młodzieży licealnej. Gdy było wchodzenie na reje młodziaki rwali się jeden przez drugiego. Ja też wlazłem – przeszedłem do końca rei, wróciłem, zlazłem i powiedziałem sobie – jeśli czyjeś życie będzie o tego zależało to mogę iść, ale frajdy z tego nie mam za wiele. Drugie to słowa mojej córeczki Alicji (ona wspina się po ściankach, skałkach itp) – gdy dowiedziała się, że mam wleźć na maszt prychnęła – Tata – z jego brzuchem – to jest Mission Impossible. Widzicie, chowasz toto, karmisz, poisz, ubierasz, edukujesz i co  ? Najpierw takie teksty, potem cię zamkną w domu starców 😉

Volker asekurował, a ja z narzędziami wlazłem. Pogoda była średnia: zimno, wiało i trochę mżyło…

Krzyknąłem do Volkera, że to nie jest moja ulubiona zabawa – a on na to, że, nie muszę mówić, bo widać to z daleka po mojej minie. Rozebrałem radar – zdjąłem jego pokrywę, odłączyłem kabel, Volker z dołu podał mi patchcord, którego oczywiście zapomniałem podłączyłem ten patchcord do radaru, zlazłem, podłączyłem drugi koniec do routera. Teraz chwila prawdy – odpaliłem MFD – radar działa – uff. Odpaliłem kompa – MaxSEA – działa. Volker zaglądał mi przez ramię. W momencie, gdy pokręciłem kółkiem myszki, a MaxSEA TimeZero wykonał błyskawiczny zoom mapy przez kilka skal Volker powiedział „wow co to było pokaż jeszcze raz”, a potem smutno skomentował – no cóż Raymarine, który mam u siebie musi jeszcze troszkę popracować, by mieć taką szybkość. Nie powiem, troszkę napuchłem z dumy 🙂

Wlazłem z powrotem na maszt, odłączyłem patchcord, zakręciłem obudowę i zlazłem. Nie bawiła mnie perspektywa obcinania kabelków, podłączania, lutowania, izolowania równocześnie wisząc na maszcie przy wietrze i deszczu. Zrobię to w dogodniejszej porze, a może uda się załatwić jakiś podnośnik…

Cy nie uważacie, że to skandal, iż producent daje od razu zły kabel? Dobrze, że jestem praktykującym elektronikiem.

To, że nie będę intensywnie pracował w Górkach nie znaczy, że roboty staną. Jest sporo do zrobienia w pracach projektowych odnośnie elektryki, elektroniki, hydrauliki, urządzeń mechanicznych takich jak wejście do jachtu – robię ciekawy projekt. Projektuję okap- wyciąg nad kuchnię w kambuzie, kończę autorski projekt oświetleniowy – roboty huk.

Będę w miarę na bieżąco raportował.

Fotki (troszkę) tam gdzie zawsze

http://www.ciunczyk.com/slawek/Fayka/ (strona siedemdziesiąta siódma i dalej)

Opublikowano Gotowe | 6 komentarzy

Czekaliśmy, czekaliśmy … i doczekaliśmy się …

… na relację z pierwszego Dziewiczego rejsu Fayki.

Opublikowano Gotowe | Skomentuj

Na relację z rejsu trzeba poczekać :-(

Niestety zostawiłem tablet na jachcie, a na nim mam zdjęcia Darka z naszego rejsu. Bez nich nie warto nic pisać, bo Darek zrobił sporo fajnych fotek. Zatem komplet relacji z rejsu będzie zatem w przyszłą niedzielę.

Za to przypomniałem sobie, że w niedzielę 8 września moi znajomi Ania i Artur odwiedzili mnie w marinie w celu zrealizowania sesji zdjęciowej z Fayką w roli głównej. Pan Dyrektor ośrodka oddał do mojej dyspozycji RIB’a (taki szybki ponton ze sztywnym dnem) z „kierowcą”. Tym kierowcą był Pan Jacek – kierownik do spraw technicznych i szef bosmanatu. Ania i Artur robią rewelacyjne profesjonalne zdjęcia. Tak więc bardzo cieszyłem się na tę zabawę, bo pogoda dopisała. Przyjechali około 11-tej – wypiliśmy kawkę, ja poszukałem kogoś do pomocy na jacht (nie znalazłem), a oni w tym czasie przygotowali się ze sprzętem. Miałem troszkę cykora bo to był pierwszy raz kiedy miałem wypłynąć Fayką całkiem sam. No cóż kiedyś ten pierwszy raz  musi być.Odpaliłem motorek, oddałem cumy i wypłynąłem. Potem tylko pozbierać odbijacze, sklarować cumy, postawić żagle, sklarować fały, i mogliśmy z  Fayką zacząć pozować.

Efekty zobaczycie na fotkach tutaj:

http://www.ciunczyk.com/slawek/Fayka/SesjaFotoAA (strona siedemdziesiąta szósta)

P.S. Nic nie rozwaliłem … 😉

P.S. P.S. Szoty (te za krótkie) szczęśliwie opyliłem, przypłyną kolega – jeden z czytelników bloga na pięknie odrestaurowanym drewnianym szwedzkim jachcie. Mam nadzieję, że szoty będą się ładnie prezentować.

Opublikowano Gotowe | 5 komentarzy

101…

tak tak tak … to jest sto pierwszy wpis na blogu. Patrzcie jak zleciało, a my cały czas tacy sami młodzi i piękni. A już nasze Panie to na pewno.

Ponieważ zapuściłem się ostatnio w pisaniu okropnie, już nie pamiętam dokładnie co robiłem w ciągu tych ostatnich dwóch miesięcy. Na pewno piłem piwo… a co jeszcze… no właśnie.

Po sześciu latach pracy nad Fayką, dopadła mnie nieprzeparta chęć popłynięcia w rejs, cokolwiek, gdziekolwiek byle na morze. Plan miałem ambitny – chciałem zrobić pętlę
Górki -> Sztokholm -> Marienhamn -> Talin -> Ryga -> Kłajpeda -> Górki.

Ludziska w marinie pukali się w w głowę, takim niedokończonym jachtem, a nie lepiej gdzieś blisko – Sopot, Gdynia, Kuźnica, Hel no może Władek lub Łeba…

… ale dla mnie Sztokholm to blisko, daleko to jest Papeete albo Welington 😉

Ekipa się skompletowała – Wiesia, Hania, Darek i Rafał no i ja oczywiście.

Jednak najpierw, trzeba by było doprowadzić Faykę do jako takiego stanu przypominającego co nieco jacht.

Choć, gdy sobie przypomnę warunki na Opalu, którym płynąłem do Islandii, albo niektóre jachty, na których gościłem, to Fayka nie jest aż taka najgorsza.

Wiesia jednak nie podzielała mojego zdania. Dostałem wyraźny surowy zakaz balangowania w marinie i groźbę bieżącego rozliczania z listy zadań …

A zrobić musiałem co następuje:

  • Podłączyć panele słoneczne.
    Fayka jak zapewne wiecie ma cztery spore panele słoneczne i grzechem jest ich nie wykorzystywać. Oczywiście jak zawsze muszę wszystko skomplikować i zadałem sobie pytanie – jak je podłączyć, by wyssać z nich maksimum energii.Temat wałkuję już o paru lat.W przypadku paneli pracujących na lądzie, lub zamocowanych na płaskich witrynach – widujecie je często przy drogach jako zasilanie do sygnalizacji nie ma problemu – łączymy panele równolegle i wszystko działa.W przypadku jachtu i paneli na pokładzie jest nieco inaczej.Byłem sobie trzy lata temu na targach LBS (London Boat Show) i kolędowałem od stoisk ze sprzętem elektrycznym do stoisk z panelami zadając to samo pytanie: jak podłączyć np.: cztery panele słoneczne, gdy będą znajdowały się na pokładzie jachtu – czyli będą miały różne warunki naświetlenie. Największe firmy od elektryki jachtowej – Mastervolt, Victron, Sterling – odsyłały mnie do sprzedawców paneli mówiąc – my się na tym nie znamy idź Pan do sprzedawców panel. Sprzedawcy paneli oczywiście mówili  w drugą stronę – my nie sprzedajemy ładowarek idź Pan do firm z elektryką. Aż w końcu jedna z Pani na stoisku z panelami powiedziała mi – proszę Pana – to łatwe po prostu łączy je Pan równolegle. Gdy zaprotestowałem mówiąc, że przecież te panele dają różne napięcia Pani powiedziała nie nie nie łączy Pan niebieskie kabelki z niebieskimi, czerwone z czerwonymi… wówczas nie wytrzymałem i powiedziałem Pani, że proszę o traktowanie mnie poważnie, bo jestem inżynierem elektronikiem. Pani się oburzyła i powiedziała, że od dwudziestu lat tak robi i zawsze jest OK, ja na to, że poproszę o kartkę i ołówek, narysowałem schemat wytłumaczyłem o co chodzi – Pani chwilkę popatrzyła na kartkę, chwilkę na mnie i powiedziała – o kurde ma Pan rację nigdy o tym nie pomyślałam.

    W skrócie chodzi o to, że  panele na prawej i lewej burcie mają różny kąt nachylenia do słońca i w efekcie dają różne napięcie Podłączenie ich równolegle jest możliwe, ale wówczas w takim wypadku panel słabiej oświetlony „wyżerałby” prąd z lepiej oświetlonego. By tak się nie działo producenci paneli montują w nich diody blokujące. Panel słabiej oświetlony – jest odcinany. Nie produkuje prądu wcale. Ale przecież jakiś prąd produkuje – co z tego, że o 10% mnie niż sąsiedni – to nadal jest prąd. Odłączanie go to zwykłe marnotrawstwo. Potem ludziska gadają, że panele mają beznadziejną efektywność. Gdy się je tak podłącza… to tak jak łączenie równoległe nowych i zużytych baterii.

    Można, by oczywiście podłączyć panele szeregowo… ale jeden panel daje do nawet ponad 25 V – cztery szeregowo to 100V !!! Taki prąd stały jest bardzo niebezpieczny – może zabić. Nie chciałem na mokrym pokładzie mieć takiego fajnego zestawu pieszczącego…Do tego jeszcze dochodzi problem regulatorów ładowania i optymalnego pozyskiwania energii z paneli. Najtańsze ładowarki tzw PWM są o 30% mniej sprawne niż droższe MPPT (Maximum Power Point Tracking) – to tak jak gdybym wyrzucił jeden panel do śmietnika 😉 Rozwiązanie docelowe to cztery niezależne ładowarki typu MPPT i zbieranie energii już na wyjściu z ładowarek. Mam jakieś pomysły, ale to „śpiewka przyszłości”. Zresztą musiałem coś zrobić w sensownym budżecie i na szybko. Wybrałem rozwiązanie mieszane. Podłączyłem panele równoleglo-szeregowo. Panele na jednej burcie – równolegle (mają prawie takie same warunki pracy) – a burty ze sobą szeregowo. Maksymalne napięcie z zestawu to ok 50V – 48V to jeszcze bezpieczne napięcie – choć już je da się wyczuć paluchami, gdy są mokre – a jęzorem to bym nie sprawdzał.

    Do tego kupiłem kompaktową ładowarkę firmy Victron BLUESOLAR MPPT 70/15 – 15A – możecie ją kupić w Eljacht – w naprawdę przyzwoitej cenie.

    Ponieważ jestem odpowiedzialny za podawanie wyników moich testów – do zestawu podłączyłem też zrobiony przeze mnie miernik amperomierz/woltomierz. I jakież było moje zdziwienie, gdy w wrześniowy dzień w Górkach mój zestaw dawał 6,5 ampera prądu. Przy wyjściowym napięciu 14.1 V (napięcie ładowania akumulatorów) to prawie 92 waty mocy. Moje panele mają po 70W mocy teoretycznej. Czyli mocy dostarczanej przez panel na równiku w południe w lecie, gdy panel będzie w próżni – generalnie w warunkach idealnych. Więc maksimum co mógłbym z nich wyciągnąć to 280W. Gdy zobaczyłem te 92 W (prawie 33% mocy maksymalnej) w Górkach Zachodnich we wrześniu o 14-tej to byłem więcej niż zadowolony. Rano, około 6:30 gdy wstawało słoneczko panele dawały 1-1.5A i tak pracowały dzielnie do 19-tej. Nie miałem przeglądu ile zbierałem energii w ciągu dnia, bo akumulatory szybko się naładowywały i przestawały pobierać energię. A ja nie miałem jeszcze innych odbiorników oprócz lodówki i kuchenki. Będę mierzył dalej, ale już widzę, że zakup był trafiony. Gdy dodam jeszcze wiatroprądnicę – będę mógł wyrzucić generator. Dobra żartowałem – klimy z tego nie pociągnę…

    To tyle panelach.

      • Zamocować klapę telewizyjną
        Telewizorek na Fayce mam spory – czterdzieści dwa cale LG – SmartTV 3D. Ale by na fali zataczając się na ścianę nie skasować go łokciem potrzebna była jakaś ochrona. Wymyśliłem, że zrobię wzmocnioną klapę drewnianą – wzmocnioną metalowym szkieletem. Panowie z Zakładu Żarna wycieli mi z czteromilimetrowej blachy aluminiowej coś na kształt plastra miodu. Użyłem tego jako wewnętrznego szkieletu płyty ochronnej na telewizor. Skleiłem wszystko, obrobiłem, zamocowałem zawiasy, pomalowałem i wmontowałem na miejsce. Działa jak ta lala.
      • Podłączyć i okablować rozdzielnię elektryczną
        Elektryka na Fayce będzie z gatunku High-End – zamierzam użyć cyfrowo sterowanego systemu C-Zone firmy BEP Marine. Napiszę na ten temat cały  oddzielny artykuł i wtedy będzie można się na mnie wyżywać, że jestem szalony, że nie ma o jak dwa druty i pstryczek, że elektronika się zawsze psuje, że najlepsze to były stare samochody, bo nie miały elektroniki, a szwagier jak pojechał na Kaukaz to miał starą Niwę, co to każdy kowal naprawi, na najlepsze to były woły, bo nie ochwacały się tak często konie.A tak na marginesie to na pierwszym Faykowym rejsie popsuły się pompa, zawór elektryczny, wózek grota, roler foka. Elektronika od początku do końca działała jak malina.Na razie jednak nie mam forsy na te cuda więc nakupiłem w markecie pstryczków po 1,95PLN sztuka, listew połączeniowych, wziąłem ze sterty kawałek odpadu sklejki i zrobiłem tymczasową tablicę rozdzielczą dla wszystkich dwudziestu kilku urządzeń jakie na czas rejsu uruchomiłem. A były to:
    • Pompa zęzowa (poza tablicą oczywiście)
    • Oświetlenie w kabinach, mesie i kambuzie (oczywiście ledowe, oczywiście tymczasowe, oczywiście działające jak należy)
    • Lodówka
    • Kuchenka Wallas z piekarnikiem
    • Pompa wodna
    • Kibelek elektryczny
    • Zawór elektryczny do ścieków
    • GWDS (Grey Water Discharge System) odprowadzenie ścieków z prysznica i zlewu
    • Radio VHF
    • Światła nawigacyjne trójsektorowe
    • Światła nawigacyjne na burtach (nie podłączone)
    • Światło stroboskopowe
    • Światło kotwiczne
    • Światło silnikowe
    • Oświetlenie pokładu
    • Instrumenty nawigacyjne
    • Chartploter MFD z radarem
    • Szkielet  NMEA2000
    • Komputer nawigacyjny
    • Router ethernetowy
    • Podświetlenie kompasu

Ale dla mnie to była sama przyjemność wszak jestem elektronikiem z wykształcenia i zamiłowania.

      • Zamki w szafkach
        Marek jak wiecie już skończył swoje zadania na Fayce i jako jedną z ostatnich  rzeczy zamontował zamki w klapach szafek, ja tylko musiałem domontować do nich drugą część (tę przy szafce o którą zamek się zaczepia). Zamki były potrzebne, by podczas płynięcia manele z szafek nie wymeldowywały się.
      • Ogarnąć stolik nawigacyjny
        Prawie udało mi się skończyć cały stolik nawigacyjny – zamontowałem komputer, monitor, jeszcze brakuje panelu ze wszystkimi panelami 🙂
      • Hydraulika
        Wiesia powiedziała, że bez bieżącej wody i ciepłej wody nie płynie. Zresztą był to najwyższy czas, by się w końcu za temat hydrauliki zabrać. No to się zabrałem. Zrobiłem projekt, zamówiłem worek kształtek z kwasówki – kolanka, trójniki, czwórniki, nyple, mufki, króćce, zawory, cybanty. Rury miałem, pompy miałem, filtr miałem, kupiłem w markecie najtańszą armaturę do kuchni i do prysznica. ma wytrzymać dwa tygodnie (kosztowała 29,95pln i 49,95pln)…. do roboty. Zmontowałem wszystko pięknie, podłączyłem, nalałem wody, odpaliłem pompę i…. masakra, zaczęło sikać ze wszystkich miejsc. Po chwili wszystko było mokre, w zęzie woda, a mnie trafił jasny szlag. Okazało się, że jak zawsze chytry trzy razy traci. Nie chciało mi się kupić rasowych cybantów Jubilee tam gdzie zawsze, w ASAP-Supplies i kupiłem w sklepie w Gdyni. Okazało się, że nie są z nierdzewki, ale to pikuś, potem okazało się, że nie da się ich dociągnąć, bo puszczają. Moim zdaniem sprzedali mi jakąś chamską chińską podróbkę. Wymieniłem wszystkie na cybanty z Castoramy. Potem je wymienię na docelowe … sami wiecie skąd.Po jako takim opanowaniu potopu instalacja zaczęła działać. Mam na Fayce bieżącą wodę – ciepłą i zimną, działa WC – elektryczne, działa prysznic. Prysznic na razie nie ma drzwi, tylko tymczasową zasłonkę z  marketu ale ona spełnia swoją funkcję doskonale. Działają zbiorniki ścieków i zbiornik na wodę.Na uwagę zasługuje konstrukcja zlewu w kambuzie. Oczywiście docelowo ma być w kambuzie corian i zlewy z niego, ale na razie coś trzeba było wymyślić. Wiesia na moje zlecenie kupiła w Makro plastikową miskę firmy Curver. A ja w tej misce Dremelem wychlastałem otwór pod wylew i syfon, zamontowałem je, a całość wkleiłem na sikaflex w otwór w tymczasowym blacie ze sklejki. Niektórzy nie zorientowali się, że to rozwiązanie tymczasowe hi hi hi.
      • Kibelki
        bez kibelka na jachcie ani rusz. Postanowiłem na razie zamontować chociaż jeden. Mam kupione dwa elektryczne firmy SaniMarin modele ST35. Jednak aby go zamontować w łazience „publicznej” musiałem najpierw w niej zrobić szkielet oraz pokrycie podłogi, bo do tej pory był wstawiony chamski kawałek płyty OSB. Kibelek oczywiście jest przykręcony do podłogi inaczej na fali użytkownik fruwał by razem z nim i jego zawartością na plecach. Obawiam się że po takim zdarzeniu np.: moja Wiesia mogła by odczuwać lekki dyskomfort i wyrazić go werbalnie.Podłączyłem kibelek, jego wylot, podłączyłem dopływ wody ze zbiornika szarych ścieków włączyłem i… kupa … tzn. nie dosłownie – operację przeprowadzałem „na sucho” a raczej „na mokro”, ale na początek bez produktów przemiany materii. Kibelek nie napełniał się wodą. Rzut oka na stronę producenta a tam jak wół napisane, że potrzebne jest ciśnienie wody do spłukiwania.

        Zatem konieczne jest zamontowanie pompy.

        Jedyną jaką miałem na podorędziu to pompa do spłukiwania pokładu. Podłączyłem ją. jakiś czas działała, potem chyba się zatkała (pod koniec rejsu). Na szczęście przy kibelku jest słuchawka prysznica i daje się napełniać kibelek wodą z prysznica. Mam już zamówioną pompę docelową.Przy okazji wyszło, że używanie do spłukiwania wody z pryszniców i umywalek to dobry pomysł, ale puszczanie tam wody ze zlewu kuchennego to kiepska idea. Resztki z kuchni po chwili tak capią, że do kibelka nie da się wejść. No może nie aż tak, ale nie jest to przyjemne. Zatem resztki ze zlewu wędrują do zbiornika z czarnymi ściekami (dla niewtajemniczonych – z kupą). Kolejną pompę mam zamówioną.

      • Podłączyć elektronikę
        współczesny dzielny żeglarz – taki jak ja – do nawigacji potrzebuje elektroniki. Każdy będzie się chwalił, że da radę płynąć na prawdziwych mapach, bez GPS, co tam Cortez dał radę to i ja dam. A prawda jest taka, że bez elektroniki nikt nosa z mariny nie wystawi… Podłączyłem więc prawie całą elektronikę, prawie całą, bo radar miał zły kabelek dostarczony przez Furuno, AIS’a jeszcze nie mam – czekam na dostawę. Sonda patrząca do przodu była mi na razie nie potrzebna. Podłączyłem więc: GPS, Echosondę, z logiem i termometrem (do pomiaru temperatury wody), wiatromierz, wyświetlacze do echosondy i wiatromierza, Chartploter MFD, radiostację VHF, komputer nawigacyjny, monitor dotykowy. Wszystko oczywiście wymagało doprowadzenia kabli zasilających sygnałowych, zbudowania tzw. szkieletu NMEA2000 – bo w tym właśnie nowocześniejszym standardzie (w odróżnieniu od NMEA186) komunikują się moje urządzenia. Po serii walk z źle podłączonymi kabelkami, błędach w lutowaniu i innych drobnych wpadkach wszystko śmiga jak należy. Nieskromnie powiem, że ze swojej elektroniki nawigacyjnej jestem bardzo zadowolony. Mam kompletny spójny – spięty w całość system. Trasa wyrysowana wygodnie na stanowisku nawigacyjnym na dużym dotykowym ekranie – jednym kliknięciem jest transmitowana do chartplotera i jest dostępna dla sternika natychmiast. Do tego nowoczesny radar z systemem ARPA, Guard Zones, nakładaniem obrazu na mapy. A wszystko połączone z transmiterem AIS firmy Garmin.Wiesia powiedziała w pewnym momencie, że Fayka jest klasycznym jachtem z klasycznym look and feel zarówno z zewnątrz jak i w środku, ale w zakresie elektryki i elektroniki to zdecydowanie High-End. Cóż ostatecznie jest armator i budowniczy jest elektronikiem i informatykiem.
      • Zrobić schodki zejściowe
        o ile w marinie schodzenie do wnętrza jachtu po skrzynce narzędziowej było do zniesienia o tyle na morzu raczej wykluczone. Wymierzyłem, zbudowałem i zamontowałem tymczasowe schodki zejściowe. Przy okazji była szansa wypróbować na tym modelu czy koncepcja jest właściwa. Wszyscy uznali, że ich wysokość jest idealna, dopracowania wymaga jeszcze szerokość. Ale już mam bazę do projektowania.
      • Zrobić stół tymczasowy
        ok możemy sobie dowcipkować, ale gdy nie ma, gdzie postawić flaszki i kieliszków to nie jest śmieszne. Aby uniknąć takiej tragedii byłem zmuszony zrobić tymczasowy stół do mesy. Stół sprawdził się znakomicie, a jego blat posłuży jako baza do stołu docelowego.
      • Kupić i zamontować ładowarkę
        Po dowiezieniu na Fayke dodatkowych akumulatorów – teraz są dwa banki – rozruchowy 100Ah i użytkowy 450Ah, kupiona w markecie ładowareczka samochodowa wyzionęła ducha. A po podłączeniu tylu prądożernych urządzeń solarki też zaczęły machać białą flagą (zresztą „jesień idzie nie ma rady na to”). Zresztą w planie jest łącznie 1225Ah w trzech bankach. Aby „nakarmić” to prądem potrzebowałem sensownej ładowarki. Poszukałem i wybrałem Waeco PerfectCharge MCA1235. Jest to automatyczna ładowarka 35A/12V, mająca  wyjścia 2+1. Znaczy to, że ładuje dwa banki akumulatorów plus akumulator rozruchowy. Wprawdzie moją pojemność naładuje w 32h, ale gdyby tak naprawdę akumulatory były rozładowane do zera to i tak nie dałoby się ich naładować :-(. Wybrałem, kupiłem, podłączyłem, uruchomiłem … działa.
      • Zamówić siedziska do kokpitu
        Kokpit w Fayce był spychany na plan dalszy, jednak perspektywa nocnych mglistych wacht w październiku na Bałtyku pod Szwecją przy metalowych siedziskach nie napawała entuzjazmem nikogo. Po sprawdzeniu różnych opcji zdecydowałem się na zlecenie roboty Panu Wiesławowi – który pełni funkcję nadwornego szkutnika mariny. Trzy tygodnie po zamówieniu miałem zamontowane piękne siedziska i oparcia z naturalnego teaku.
      • Zaprojektować i zamontować refszketle
        Wiedziałem, że mogę płynąc bez klimatyzacji czy ogrzewania, ale bez mechanizmu refowania grota – aż taki nieodpowiedzialny nie jestem. Przycisnąłem trochę Pana Dawida z Sail Service, pomierzyliśmy i ustaliliśmy jakie mają być te refszkentle. Fajna nazwa co nie? To są liny do ściągania i mocowania głównego żagla przy refowaniu – czyli zmniejszaniu jego powierzchni na wypadek silnego wiatru. Na grocie Fayki przewidziane są trzy refy (tak w miarę standardowo). Byłem zaskoczony, gdy z obliczeń według wzoru Harkena wyszło jakie siły występują na tych linach. Np.: na trzecim refie to siła to dwie i pół tony. Ciężko było znaleźć odpowiednie bloczki. W końcu panowie z Sail Service zaproponowali tulejki firmy Wichard o symbolu SR20804. Liny zamówiłem dyneemy, bo choć drogie to musiały być wytrzymałe. Ciekawostką jest to, że wszystkie liny na mój jacht wyprodukowała Czeska firma Lanex. Co jak co, ale z morzem to mi się Czesi nie kojarzą. Gdy liny dojechały Pan Dawid wpadł do mariny i zamontowaliśmy wszystko. Refszketle działają znakomicie.
      • Zamontować flagsztok
        Fayka jest zarejestrowana pod polską banderą.Trzeba było ją tylko powiesić. Kupiłem odpowiedni elegancki mahoniowy flagsztok oraz dużą banderę. Przymocowałem go do bramy rufowej linkami i trytytkami.

Fayka była prawie gotowa do dziewiczego rejsu…. a dwudziestego pierwszego września załoga zameldowała się na pokładzie jachtu całkiem gotowa do rejsu…
To jednak opiszę jutro, bo już mam na dzisiaj dość. Fotki też  wrzucę jutro

 

Opublikowano Gotowe | 1 komentarz

Jeden obraz – cenniejszy niż tysiąc słów…

Certyfikat_ACertyfikat_B

Opublikowano Gotowe | 18 komentarzy