DKJ – Zatoka

Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci… to mądre przysłowie tym razem zastosowaliśmy do naszego wnuka Jureczka. Niech się wdraża do żeglarstwa od najmłodszych lat… ooopppsss jakich lat…. od najmłodszych miesięcy. Ostatecznie sześć miesięcy to już przecież duży facet.

Dwunastego lipca w sobotę Daria Karol i Jurek zamustrowali się do załogi Fayki. Zajęli wspólnie kabinę dziobową. Koja w tej kabinie spokojnie mieści trzy osoby, więc nie mieli ciasno.

Ponieważ przyjechali wczesnym popołudniem resztę dnia spędziliśmy na ogarnianiu łódki, ustawianiu wszystkich spraw pod wymogi bądź co bądź małego dziecka. Oczywiście wcześniej były wątpliwości, czy to rozsądne, czy nie jest ryzykowne. Głównie były obawy co zrobić, gdy coś się zajdzie ze zdrowiem Jurka. Wieczorem, w nocy i rano nie ma problemu, bo będziemy w marinach. W czasie płynięcia na całej zatoce jest zasięg komórki więc w razie poważnego problemu pomoc może dopłynąć w ciągu kilkudziesięciu minut.

Pogoda zapowiadała się prześliczna…

W niedzielę po posilnym śniadanku, około południa oddaliśmy cumy i pływający żłobek Fayka obrał kurs na marinę w Gdańsku. Po niecałych czterech godzinach na silniku (nie było wiatru) zameldowaliśmy się w marinie. Wcześniej koledzy straszyli mnie, że marina w Gdańsku jest droga, że bosmani niesympatyczni, że drapieżnie wysysają kasę. Nic z tych rzeczy. Cena jest naprawdę umiarkowana. W miejscu naprzeciwko Żurawia 72 PLN, za taki jacht jak Fayka i to z prądem, wodą, prysznicem i toaletami! Bosmani niezwykle mili i uprzejmi. Chętnie pomogli przy cumowaniu, porozmawiali. No i chyba zaraziłem ich czytaniem bloga 😉

Po sklarowaniu jachtu poszliśmy na spacer i na przepyszne steki w restauracji Billy’s naprzeciwko Sołdka. Ja wcześniej zaszedłem jeszcze do sklepu Wind po odbiór kółeczek do bloczków Harkena. No i Pani Ewa namówiła mnie na zakup nowej pasty do czyszczenia odbijaczy. Potem troszkę spacerku, powrót na jacht, oporządzenie Jureczka, kolacyjka, parę piwek z Karolem i lulu.

Rano jedziemy dalej – kurs na Puck. Wyjście ze stanowiska przy kei okazało się być nieco trudniejsze niż się spodziewałem. Staliśmy z brzegu na samym początku mariny. Z lewej buty mieliśmy dużą motorówkę, a za to tyłu wysuniętą rufę sporego drewnianego jachtu. Musiałem cofnąć skręcając rufą w prawo. Pod prąd Motławy, po wiatr i w dodatku w gorszą stronę. Dla niewtajemniczonych – z uwagi na obracanie się śruby, w jedną stronę jachty zawsze skręcają chętniej niż w drugą. Czasami to pomaga, czasami przeszkadza. Tu akurat przeszkadzało. Już myśleliśmy, że wyjdziemy, gdy wiaterek dmuchnął nieco mocniej i trach wanta zahaczyła o flagsztok tamtego jachtu. Zabrakło dosłownie pięć centymetrów. Ułamany flagsztok wylądował na naszym pokładzie. Na tamtym jachcie od razu ciśnienie, bluzgi i nerwówka. Zawróciłem, podpłynęliśmy blisko i zapytałem czy dwie stówy wystarczą. Wybałuszyli oczy powiedzieli, że tak, oczywiście. Karol podał im kasę. Oni na to „cholera to już trzeci flagsztok w tym sezonie…” Ciekawe, że nie przyszło im do głowy, że może coś jest nie tak z ich „parkowaniem”.

Wycieczka przez Wisłę jak zawsze fajna, historyczne miejsca: Żuraw, Sołdek, Twierdza Wisłoujście, Westerplatte, Porty, Stocznie. Kurcze, patrząc ile statków jest w Remontowej na dłoni widać że nasz przemysł stoczniowy ma się wcale nie tak źle jak opowiadają związkowcy (a raczej szefowie związków).

Znowu pogoda piękna, ale zupełnie nie żeglarska. Cieplutko 27+, słoneczko, bezwietrznie 😉
Motorek sobie mruczy, a my mijamy plaże Gdańska, Sopotu, molo, plaże Gdyni, Torpedownię (o tym później) i wypływamy do zatoki Puckiej. Tu trzeba uważać, bo wszędzie jest płytko, a do Pucka płynie się wąskim kanałem na zatoce. I znowu ujawnia się kolejna zaleta Fayki – niewielkie zanurzenie – 1,3m.

Po drodze nie spotkaliśmy żadnego jachtu. Mimo środka sezonu do Pucka mało kto pływa, bo ta płycizna bardzo odstrasza ludzi, a szkoda, bo Puck jest warty odwiedzenia.

A w Pucku marina sympatyczna, odnowiona i nie zapchana. Zacumowaliśmy około osiemnastej. Trochę było zabawy z prądem, akurat w skrzynce naprzeciwko nas nie było napięcia, a do następnej nie starczyło nam kabla 😉 Wspólnie z Panem Bosmanem uznaliśmy, że możemy przestawić się w wolne miejsce pomiędzy stateczkiem wycieczkowym, a małym jachtem. Choć miejsca tam było na styk. Ale „na szczęście” zaczęła całą operacją dowodzić zażywna Pani z campingu (babcia tego chłopca od „oni mają plazmę”) Pani była z gatunku tych wszystko wiedzących, wszystkich znających, wszystko potrafiących… Panie ten Pana statek tu nie wejdzie, jeszcze Pan uszkodzi ten jacht, a ja znam tego właściciela, Panie on to jest z Redy, bogaty człowiek Panie i jak Panie on dba o ten jacht, on Panie nikomu tu nie pozwala dotknąć… o patrz Pan zmieścił się ten Pana statek, od razu tak mówiłam, ja to Panie mam oko do mierzenia, bo ja to jak na przykład mąkę do makaronu biorę, to zawsze wiem ile Panie, bez wagi na oko i zawsze jest dobrze, takie Panie mam oko do mierzenia…

Na szczęście Daria wyszła na keję z Jureczkiem w wózku i Pani znalazła sobie nową ofiarę. O Pani kochana, a jak Pani tego dzieciaka karmi, a to chłopczyk czy dziewczynka. A chłopczyk, bo córka mojej znajomej to proszę Pani….

My z Karolem mogliśmy spokojnie sklarować jacht…

Potem po wyrwaniu się z matni, Daria z Karolem poszli na spacerek, ja się rozliczyłem w bosmanacie.

Kolacyjka i śniadanko na jachcie. Spokojnie bez nerwów, ostatecznie jesteśmy na wakacjach:-)

Potem wybraliśmy się na spacerek po Pucku, tam wyciągnęliśmy okropnie wielkie i słodkie ciastka i kawę. Ale Pani w cukierni zapewniała nas w, że mają zero kalorii więc nikt się nie martwił 😉

Wróciliśmy na jacht ogarnęliśmy się dość szybko i wyruszyliśmy do Jastarni.

Samo wyjście z Pucka było ciekawe, bo równocześnie z nami wychodziło ze trzydzieści Optymist’ek z dzieciakami na pokładzie. Postanowiłem troszkę zaczekać, ale ich trener rozpoczął ćwiczenia używając boi podejściowych do mariny jako boi nawrotnych. A ja nie mogłem zjechać z toru ani na metr, bo obok płyciutko. Więc jechaliśmy powoli czternastotonową stalową kolubryną pomiędzy tą drobnicą, mając oczy dookoła głowy czy jakiś dzieciak nie wkręci się nam w śrubę 🙂

Po wyjechaniu z tego młynka postawiliśmy żagle i zaczęła się przyjemna żegluga. Nic nie zapowiadało następnej przygody. Na wysokości Rewy Daria powiedziała – o zobaczcie jacyś wariaci pływają na środku zatoki na materacu. Wziąłem lornetkę i okazało się, że w odległości około mili w wodzie są dwie osoby, które do nas machają. No to my im też pomachaliśmy. Na to oni zaczęli machać dużo energiczniej. Pomyślałem sobie, że pewnie coś jest nie tak. Zwinęliśmy żagle, odpaliliśmy silnik, skręciliśmy o dziewięćdziesiąt stopni w lewo i po kilkunastu minutach byliśmy przy nich.

Okazało się, że to dwaj panowie zupełnie bez materaca, ale za to w kamizelkach ratunkowych. Jeden młodszy miał  piankę neoprenową, drugi starszy – tak na oko 75+ był ubrany w tylko cienkie szorty i koszulkę żonobijkę.

Młodszy był w dobrej kondycji, starszy już nie. Zaczynał mieć pierwsze objawy hipotermii. Wciągnęliśmy go do kokpitu – nie miał siły, daliśmy suche ubranie, kocyk, batoniki Prince Polo. Daria szybko nastawiła wodę na gorącą herbatę i rosołek. W tym czasie młodszy opowiadał co się stało. Płynęli na skuterze wodnym i się przewrócili. Skuter niestety zatonął. Znajdował się od nas ze sto metrów i wystawał z wody na piętnaście centymetrów… Odwracam się, patrzę a Starszy Pan grymasi, że batonik jest za słodki. No więc wyjechałem z ryjem na niego. Wrzasnąłem, cytuję siebie: „albo Pan wpierdala zaraz tego batonika, albo niech pan wypierdala za burtę do wody” trochę pomogło. Zresztą szkoda mi było marnowania całego Prince Polo. Podpłynęliśmy do skutera. Pan w piance wskoczył do wody i przywiązał do niego cumkę.

Panowie byli rodziną. Wnuczka starszego wyszła za syna młodszego. Starszy Pan nigdy nie pływał na skuterze i koniecznie chciał spróbować. Panowie wypłynęli z Kuźnicy nie mówiąc nikomu, w którą stronę płyną, popłynęli w stronę Rewy – gdzie praktycznie nikt nie pływa. W kilka minut przelecieli sześć mil. Gdy na zakręcie starszy Pan wychylił się nie w tę stronę co trzeba, skuter przekoziołkował i zatonął. Panowie nie mieli ze sobą nic, ani radia VHF, ani komórki w jakimś woreczku, ani racy. Nic-zero-null. A starszy Pan oczywiście nie miał pianki. Moczyli się tak godzinę. To wystarczyło by starszy Pan był już na krawędzi „Game Over”. A nikt nie wiedział, gdzie ich szukać. A jak już wspominałem do Pucka prawie się nie pływa, a na rybaków była już za późna godzina. Do brzegu ponad dwie mile – bez szansy na dopłynięcie. A zauważcie, że woda była w miarę ciepła – 21°C. Pewnie przy 17°C, już by było pozamiatane. Gdybyśmy się tam nie trafili, gazety miały by o czym pisać.

Jako dobry samarytanin postanowiłem odwieźć Panów do Kuźnicy – choć nie planowaliśmy tam zachodzić. Postanowiliśmy więc, że jeżeli warunki będą odpowiednie to może zanocujemy. Nie były 🙁

Kuźnica ma potencjał, port jest zrobiony, nowoczesny ładny niestety tylko dla rybaków. Nie było wody, ani, co dla nas z Jureczkiem na pokładzie najważniejsze – nie było prądu.

Po Panów zjawiła się rodzina – takie troszkę „karkowe” towarzystwo od skuterów i motorówek. No i teksty „o k…a dziadek, a my już k…a dziadek się zaczynaliśmy martwić i k…a dziadek mieliśmy was k…a zaraz szukać.” A ja sobie pomyślałem tttaaa my do Kuźnicy płynęliśmy ponad godzinę więc k…a dziadek po kolejnej godzinie moczenia się w wodzie w szortach i żonobijce, już by nie potrzebował pilnego poszukiwania. Z uratowanie Panów zażądałem flaszki. Dostałem pół litra Finlandii, oddaliśmy cumy i pojechaliśmy do Jastarni.

W Jastarni było super, odnowiona marina z pełnym serwisem, choć do kibelków daleko. Pogoda cały czas dopisywała. Mały spacerek, kolacyjka i lulu. Rano troszkę nierobienia, a Karol wypróbował pastę do czyszczenia odbijaczy. Odbijacze są jak nowe. Pasta działa tak jak Pani Ewa reklamowała :-). Potem korzystając z pogody uprawialiśmy z Jureczkiem plażing. Nawet zdjęcie Jureczka z plaży wylądowało u mnie na tapecie na kompie. Obiadek zjedliśmy w słynnej smażalni portowej – rybki były oczywiście znakomite.

Po obiadku odmeldowaliśmy się przez radio w kapitanacie, odnotowaliśmy ostrzeżenie o zamknięciu akwenu numer cztery w połowie drogi między Jastarnią a Helem. Oddaliśmy cumy i omijając szerokim łukiem strefę pojechaliśmy do Helu.

Na Helu było sporo wolnych miejsc, więc stanęliśmy sobie komfortowo. DKJ wybrali się na spacerek nad morze, ja bawiłem się w prace bosmańskie splatając liny na refsejzingi. Na grocie mam teraz zawodowe linki do przywiązywania zrefowanego żagla.

Dzieciaki wróciły i zabraliśmy się za przygotowanie wczesnej kolacji. Siedzimy sobie spokojnie w jachcie, a tu puk puk ktoś puka w kadłub. Wyglądam, przez wejściówkę i cóż widzę… dwóch smutnych Panów ze straży granicznej. Przywitałem się i pytam w czym mogę pomóc. A panowie na to: Czy Pan Sławomir Ciuńczyk? Tak! Czy w dniu tym i tym, kierował Pan jachtem Fayka w okolicach Gdyni, a konkretnie przy torpedowni w obszarze Akwenu 15. Odpowiedziałem, że tak i od razu zapytałem – czyżbym naruszył zamkniętą strefę? Tak właśnie. Odpowiadają panowie. No to ja na to. I co teraz? Panowie musi Pani napisać wyjaśnienie, zobaczymy co powie Izba Morska. No to napisałem, że istotnie płynąc w tamtych okolicach, w skutek chwilowej awarii silnika nieumyślne naruszyłem strefę zamkniętą dla żeglugi i rybołówstwa wpływając w akwen nr 15. Potem sprawdziłem dokładnie na mapie i… faktycznie „ściąłem narożnik” zahaczając o 200m. Dwa miesiące i dwa pisma później Izba Morska wydała wyrok skazujący mnie na karę grzywny… 100 PLN. W sumie to „wykręciłem się sianem”.

Nazajutrz śniadanko, relaks, a przed obiadkiem spacerek po „Krupówkach” i obiadek jak rasowi turyści. Potem DKJ poszli na plażę, a ja „napieszczałem się tym bezruchem” na jachcie. To był czwartek.

W piątek rano śniadanko, DKJ znowu poszli na spacerek, ja zaś przygotowałem jacht do rejsu po Oceanie Baltyckim. Wczesnym popołudniem byliśmy umówieni z Wiesią, Hanią i Staśkiem w Sopocie. Oni przyjeżdżali z domu tak więc nie mieliśmy specjalnego ciśnienia na wczesne wypływanie. Gdy dopłynęliśmy do Sopotu okazało się że w marinie są regatowcy, a Pan Bosman rozkłada ręce: nie ma miejsc. Przycumowaliśmy więc na chwileczkę, zabraliśmy wspomnianą trójkę i zaczęliśmy się zastanawiać co dalej robić. Czy płynąć do Jastarni, na Hel czy może do Gdańska. Wygrał Gdańsk. Zadzwoniłem do Mariny a Pan Bosman, gdy usłyszał, że to Fayka, powiedział, że czeka na nas to samo miejsce co poprzednio 😉

Po zacumowaniu i sklarowaniu łódki poszliśmy sobie na spacerek po Gdańskiej Starówce. W sobotę rodzinka koniecznie chciała popłynąć do Sopotu. Zadzwoniłem wcześniej i okazało się że regaty się już skończyły i miejsca są. Zarezerwowałem miejsce przy kei i pojechaliśmy. Być w Sopocie i nie przespacerować się Monciakiem to rzecz niepojęta więc musieliśmy (Wiesia i ja) odpękać ten obowiązek… brrrr to zupełnie nie moja bajka. W takich tłumach przewalających się to w jedną to w drugą stronę czuję się całkiem chory. Po dwóch godzinach miałem dość i postanowiliśmy coś zjeść. Wybraliśmy restaurację z hamburgerami i to był błąd. Czekaliśmy prawie godzinę, jedzenie było słabe, ale za to drogie. Sami byliśmy sobie winni. Nie chciałem już nic więcej, tylko wrócić na jacht położyć się w mesie ze szklaneczką zimnego piwka w dłoni. Tak też uczyniliśmy. Jak dobrze mieć własny jacht 😉

Wieczorkiem Jureczek poszedł spać, a młodzież wybrała się na drugi spacerek po Monciaku. Ponoć było jeszcze tłumniej niż w porze obiadowej. Wrócili dość późno… ale dostatecznie wcześnie, by nie dać się przejechać wariatowi w Hondzie. Słynna jatka na Monciaku rozpoczęła się trzydzieści minut po ich powrocie na jacht.

Rano śniadanko, ogarnięcie łajby i przyjemny rejsik na żagielkach do Górek. Cieplutko, słoneczko, wiaterek z dobrego kierunku… znakomite zwieńczenie udanego urlopu.

Podsumowanie. Rejs uważam za bardzo udany: Jurek zadowolony, strat niewiele (stówa) dwóch ludzi uratowanych, odwiedzone prawie wszystkie mariny na zatoce, pogoda piękna, wszyscy opaleni, wypoczęci, odbijacze wymyte, refsejzingi zaszpajsowane. Czegóż chcieć więcej w wakacje…

Fotki tam gdzie zawsze

http://www.ciunczyk.com/slawek/Fayka/Rejsy/DKJ2014

7 odpowiedzi na „DKJ – Zatoka

  1. Krzysztof Łuczak pisze:

    Sławku, strat chyba było więcej więcej niż rzeczona stówka – a co z tymi dwiema za flagsztok ?
    Uważny czytelnik
    Krzysiek

  2. Slawek pisze:

    Aj faktycznie masz rację. To się nazywa wyparcie z umysłu przykrych zdarzeń 😉

  3. Lobuś pisze:

    No nie stówa my captain tylko 2 stówy zapomniałeś o flagsztoku 🙂

  4. Slawek pisze:

    Ale uważni czytelnicy. Szacun….

  5. Raru pisze:

    A co to za koszulka „żonobijka”?

  6. Slawek pisze:

    Hi hi naprawdę nie wiesz? Pomyśl chwilę… albo nie… zapytaj dowolnej kobiety która ci się nawinie…

  7. Raru pisze:

    Mam! znalazłem w googlach:
    „…) taka koszulka, którą na filmach często noszą ci co biją żony. Zdzisław Dyrman, na ten przykład, nosił topowy model żonobijki, czyli uszytą z materiału siatkowego.
    Standardowo żonobijka powinna być biała i z prążkowanego materiału.
    Niektórzy mówią na nią podkoszulka, albo szwagierka. Czy już wszystko jasne?”

    Teraz jasne 🙂
    Ale czemu „szwagierka”?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *