Dziewiczy rejs!

Plany były ambitne… chciałem, aby w pierwszym rejsie Fayka odwiedziła sześć krajów – robię tu grzeczność miłym mieszkańcom Alandów – którzy uważają się za Państwo – mają nawet własną flagę. Plan był taki by popłynąć na Gotlandię do Visby, potem do Sztokholmu, dalej do Marienhamn, stamtąd do kontynentalnej Finlandii, przeskoczyć do Tallina i wracając zahaczyć o Rygę i Kłajpedę. Przy pomyślnych, zachodnich Wiatrach było to do zrobienia w planowane dwa tygodnie. Ale jak mówią – gdy chcesz rozbawić do łez tych na górze opowiedz o swoich planach. Planowany rejs miał mieć ok 1200 mil długości, nazwę FOSST (First Open Sea Sailing Trip) i wyglądać mniej więcej tak:

RejsDziewiczyPlan

Miało być tak pięknie, ale jak mówią „El hombre pone, Dios dispone, llega el diablo y todo descompone”. A było to tak…

W sobotę 21-szego września załoga stawiła się w komplecie. Dwie Panie – moja żonka Wiesia i córeczka Hania oraz dwóch przyjaciół Rafał i Darek. Niestety już z góry wiedziałem, że w niedzielę nie wypłyniemy, bo łajba była jeszcze „trochę niegotowa”. Wszyscy rzuciliśmy się na prace – dziewczyny sprzątały, układały zapasy, a my z chłopakami działaliśmy na zewnątrz i wewnątrz jachtu. Chłopaki założyli na stójkach reling z liny ø10mm mocowanej do stójek wyblinkami ustawianymi trytytkami (trytytka to plastikowa tasiemka z zameczkiem do spinania różnych rzeczy, a przy spinaniu robi charakterystyczne trrryytt). Dodatkowo uzupełnili wszystkie śruby mocujące stójki. Zamocowali dokładnie ramę od bimini. Przyczepiliśmy na pokładzie LiveLiny. Kupiłem najnowszy produkt Lanexu – LiveLinę w formie taśmy (to żadna nowość) z wplecioną gumą(to jest nowość). Rewelacja, nie ślizga się pod nogami i po pokładzie. Dla niewtajemniczonych LiveLina jest to lina lub lepiej taśma, biegnąca od rufy do dziobu łodzi, umożliwiająca przypięcie się osoby planującej spacerek na dziób w ciężkich warunkach lub w nocy. Przypinamy się specjalną smyczką nazywaną wąsami. Jedna strona do LiveLiny druga do człowieka, a w zasadzie do specjalnych szelek, które ma na sobie. Obecnie najbardziej popularne są kamizelki pneumatyczne z wbudowanymi szelkami. Kamizelek nie miałem na Fayce, bo mój wymarzony model Spinlock Hamar 275 został na ten rok całkowicie wyprzedany. A ja nie chcę innego. Miałem na pokładzie kamizelki niepneumatyczne. Jednak Wiesia i Rafał uznali, że będą czuli się pewniej mając pneumatyczne – poszli do sklepu i wykupili wszystkie trzy 😉

W tym czasie pogoda zaczynała już pokazywać rogi – konkretnie wiało jak diabli 35 i więcej węzłów w dodatku z północy. O wypływaniu nie było mowy. Może to i dobrze, bo praca szła pełną parą. Rafał dopasował i wyregulował drzwi i zamki do łazienki wspólnej oraz do kabiny armatorskiej. Darek dzielnie walczył z przeciąganiem kabli do postumentu koła sterowego. A wiatr wiał i wiał. Rafał z Wiesią pojechali po wędzone ryby i tam stary rybak stwierdził, że do niedzieli nie wypłyniemy.

Cała marina nam kibicowała…

W międzyczasie Pan Wiesław – szkutnik, zrobił nam gotowe, docelowe siedzenia i oparcia w kokpicie – z prawdziwego teaku. I całe szczęście, bo potem okazało się, że siedzenie na drewnie przy temperaturze w nocy oko 5-8 stopni i wilgoci  – jest dużo przyjemniejsze niż na gołej blasze.

W środę miałem podłączone i działające praktycznie wszystkie zaplanowane urządzenia, nie działał mi tylko log mierzący prędkość płynięcia po wodzie. Jest to taka malutka turbinka pod dnem ok 4 cm średnicy, napędzana przepływającą wodą. Bardzo mnie to martwiło – bo po wyjęciu sondy i ręcznym kręceniu wszystko było OK. W wodzie nic 🙁 Dopiero po powrocie Seba i Paweł powiedzieli mi, że w Górkach to normalne, bo pąkle i inne Frutti Di Mare rosną tak szybko, że zarastają log w dwa dni…

W wtorek Hania uznała, że już nie ma szans na rejs – miała płynąć tylko do Sztokholmu i wrócić samolotem. Ponieważ w środę nadal byliśmy w Górkach – raczej nie zdążyłaby na sobotni poranny samolot. Bilet oczywiście „poszedł się zaprzepaścić”. Hania zabrała mamie samochód i pojechała do domu przygotowywać się do „Gaudeamus igitur…”.

W środę mieliśmy już dość czekania – ileż można pić 😉 Łajba praktycznie gotowa – wszystkie graty, narzędzia stolarskie, ściski, piły, lakiery, papiery ścierne, sklejki, kleje itd wyniesione do Seby do jego hali. Flagsztok zamocowany, bandera zawieszona, koło ratunkowe kupione i zawieszone, paliwo kupione i zatankowane, tratwa ratunkowa pożyczona i zamontowana (dzięki Krzychu) – byliśmy gotowi – tylko pogoda nie była gotowa. Cały czas grabki i grabki jak u grabarza. I znowu wyjaśnienie – obecnie bardzo popularną formą pozyskiwania pogody jest ściąganie tzw. GRIBów czyli plików GRIB z prognozą pogody na dany akwen. Na mapie te elektroniczne pliki prezentują wiatr w formie strzałek, których grot wskazuje kierunek, a liczba piórek w bełcie siłę wiatru. Według zasady pół piórka – 5 węzłów, jedno piórko 10 węzłów, półtora 15 węzłów, dwa piórka 20 itd. Gdy piórek jest trzy i więcej, to strzałka zaczyna przypominać grabki. A grabek nie lubimy. W Cieśninie Drake’a było pięć, sześć i więcej 🙂 Tu maksymalnie było trzy i pół, do czterech. Ale Fayka miała być dopiero testowana, więc nie miałem pojęcia co może w niej strzelić. Ponadto nie wiedziałem jak będzie się zachowywać w cięższych warunkach.RejsDziewiczyGrabki

Abyście wiedzieli o czym mówię mapa z grabkami wygląda tak jak obok:

No to czekamy i czekamy. Wiesia nawet wymyła Flexiteek Karcher’em. My z chłopakami pomocowaliśmy meble. Zrobiliśmy stół do mesy. Stół jest częściowo tymczasowy. Częściowo, bo blat ma kształt docelowy, ale nogi będą zmienione na takie opuszczane – by w mesie dało się wygospodarować dodatkowe spanie dla dwóch osób po opuszczeniu stołu. Chociaż koledzy na dziobie twierdzili, że mają tam tyle miejsca, że spokojnie zmieściłyby się z nimi jeszcze dwie gorące dziewczyny. Jestem na 100% przekonany, że myśleli o swoich gorących małżoneczkach.

W istocie działo się tak dużo, że już nie pomnę wszystkiego. Dziewczyny i chłopaki pomogli mi bardzo dużo.

W w środę rano Griby oznajmiły, że wiatr będzie słabł – zatem męska decyzja – jedziemy.

Pogoda była piękna – morska – wiatr umiarkowany i mżawka – ale cóż nie jesteśmy tu przecież dla przyjemności – jak mawiał mój kolega na nartach zaganiając towarzystwo rano na stok… odpływamy.

Na kei żegnali nas koleżanki i koledzy, uściski, życzenia, symboliczne odcięcie cumy – dobrze, że mi wcześniej powiedzieli o tym zwyczaju, to przygotowałem cumę ze starej liny hi hi.

Wypłynęliśmy za główki portu na zatokę, a tu wiaterek 20-25 węzłów w mordę, no i paskudna fala też w mordę, jak to po kilkudniowym sztormie. Jedziemy na silniku z prędkością 3 węzły 🙁 Po prawie sześciu godzinach dowlekliśmy  się do Helu. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że trzeba odpocząć, choć  Fayka zachowywała się więcej niż poprawnie – relatywnie wąski dziób, spory ciężar i kształt kadłuba sprawiają, że zgrabnie wcina się w falę, nie tłukąc o nią.

Łódka nic sobie z tych warunków nie robiła, ale ja oczywiście musiałem złożyć Neptunowi hołd i to wiele razy. Taka już moja uroda, że przez pierwsze dwa dni zawsze choruję. No chyba, że nie ma wiatru.

Wpłynęliśmy więc do Mariny na Helu – ponieważ wypłynęliśmy przed drugą po południu do Helu wpływaliśmy już po ciemku. Zacumowaliśmy w prawie pustej marinie.

W nocy mieliśmy wrażenie, że wiatr się znowu wzmaga…

W czwartek po śniadanku – ruszamy dalej 11:19 wypłynęliśmy. Po wyjściu z osłony półwyspu i wyjechaniu na morze zaczęła się huśtawka, a wiaterek coraz paskudniejszy. Byliśmy podzieleni na dwie wachty Wiesia z Darkiem, ja z Rafałem. Wachtowali Wiesia z Darkiem. Żagle zrefowane, jedziemy pod wiatr, przyjemności nie zawiele. Bo przecież dżentelmeni pod wiatr nie pływają. O czternastej wysłuchałem Witowo Radio. Nadawali prognozę. Ostrzeżenie  o sztormie, wiatr 7 do 8 Bf. Decyzja krótka – wracamy na Hel.

O szesnastej byliśmy z powrotem w marinie. Tym razem grzecznie się zameldowaliśmy przez radio, bo rano dostaliśmy od bosmana opierdziel za wpływanie bez anonsowania się.

Ok 21-szej wpłynęły dwa Opale, a w zasadzie jeden wciągnął na cumie drugiego. Ten drugi miał złamany na pół główny maszt. Nasze wątpliwości co do słuszności decyzji o powrocie rozwiały się momentalnie. Szczególnie, że wieczór zakończył się również jesienną burzą z piorunami.

W nocy wiatr zaczął nawalać jak wściekły. Marina na Helu jest nowa, fajna – choć brak w niej zaplecza sanitarnego. Jednego tylko nie rozumiem – dlaczego przy silnym wietrze tak strasznie w niej buja. Normanie można dostać choroby morskiej stojąc jachtem przy kei.

W piątek przez radio wywołał mnie kolega Volker z Elowyn – byli w Górkach i wybierali się na Hel. Rachu ciachu i przypłynęli. Kristina była zmarznięta i zmęczona, ale Volker przyszedł do nas z zestawem do robienia Caipirinhi. Wcześniej mieli wizytę znajomych z Brazylii, którzy przywieźli im sporą butelkę „napoju Cachaça”. Volker był świetnie przygotowany (nie ma to jak niemiecki ordnung) miał ze sobą wszystkie składniki. My mieliśmy naczynie – przecież na chrzcinach dostałem wiaderko termiczne do chłodzenia wódeczki oraz narzędzia do gniecenia limonek – wyciskacz do czosnku użyty jako tłuczek.

Cóż pojechaliśmy ostro. Dość powiedzieć, że rano Volker przyszedł spytać, czy nas też tak głowa napierdziela jak jego? Napierdzielała niestety. Ale nigdzie się nie wybieraliśmy, bo nadal wiało. To była sobota. Doszliśmy wspólnie do wniosku ze warto uzupełnić zapasy paliwa. Fayka pływała tylko na zbiorniku rozchodowym -40 litrów, kanistrze 30 litrów oraz dwóch małych kanistrach po 5 litów – razem 80 litrów paliwa. Moim zdaniem, to całkiem sporo na manewry i awaryjnie. Ostatecznie to jacht żaglowy.

Poszedłem zapytać autochtonów, gdzie w mieście Hel można kupić paliwo. Okazało się, że nigdzie. Tak nie przesłyszeliście się, w miejscowości Hel ponad 3tys. mieszkańców i mnóstwo turystów nie ma stacji – najbliższa w Juracie. Na szczęście dogadałem się z dwoma panami – podrzucili mnie do Juraty i z powrotem z naszym trzydziestolitrowym baniakiem, a wzięli połowę tego co taksówkarz…

Wieczorem przypłynął i stanął obok jacht Morisy z Maćkiem „Morisem” oraz jego kolegą. Chłopaki wpadli do nas i spożyliśmy co nieco browarku. Moris gdy dowiedział się, że jako jedyny nie mam kamizelki pneumatycznej skoczył na jacht i wręczył mi komplet kamizelkę i wąsy mówiąc, że nie będzie mógł spać spokojnie mając na jachcie zapasowe kamizelki i świadomość, że ja płynę ze zwykłą. Serdeczne dzięki Maćku.Tak przygotowani wcześnie poszliśmy spać i w niedzielę raniutko wstaliśmy, szybkie śniadanko i na morze. Tym razem już się wywiało naprawdę (miał rację stary rybak).

Pojechaliśmy…

Wiało z północy z lekkim skręcaniem na zachód – więc popłynęliśmy najpierw w kierunku Kłajpedy, wtedy wiaterek zaczął leciutko się odkręcać na północ do północny wschód, więc zrobiliśmy zwrot i jednym halsem pojechaliśmy na południową krawędź wyspy Olandia. Przez dzionek i nockę wiaterek zaczął się naprawdę uspokajać – aż do przesady 😉 gdy prędkość spadła do 9kt wywlekliśmy spinakerek CodeZero. I tu objawiło się cudowne działanie tego żagielka – wiaterek 8-9 węzłów, a czternastotonowa Fayeczka śmiga sobie 4.5-5 węzełków. Dla minie to jeden z najprzyjemniejszych momentów, gdy po prawie płaskiej wodzie, przy leciutkiej bryzie, jacht przemyka bezszelestnie i lekko jak ptak. Myślę, że CodeZero poświęcę oddzielny artykuł na blogu.

Na jachcie oczywiście toczyło się także normalne życie, wachty mieliśmy czterogodzinne – Wiesia z Darkiem, Ja z Rafałem. Gotowaliśmy, jedliśmy, zmywaliśmy, spaliśmy, myliśmy się itd. Rewelacyjnie sprawdziła się kuchenka Wallas. Jest zamocowana w okolicach centralnych jachtu, więc ruchy podłużne prawie na nią nie wypływają. Na czas rejsu kuchenka jest podnoszona i zwalniana na specjalnej kołysce. Ponieważ jest ciężka – a nawet rzekłbym bardzo ciężka, to przy przechyle i bujaniu na falach powierzchnia kuchni stoi płasko jak… jak… jak nie wiem co. Garnki nawet nie myślą po niej latać, choć byłoby im wygodniej i bezpieczniej gdyby przymocować je specjalnymi uchwytami – garnkotrzymaczami. Darek w pewnym momencie zapytał:

– fajnie by było gdyby ta kuchenka miała takie uchwyty.
– ależ ma – kupiłem komplet -odpowiedziałem
– no to dawaj
– nie dam
– dlaczego ?!
– bo są „u Seby”

w tym momencie wszyscy gruchnęli śmiechem.

„u Seby”,
„na trytytkę” oraz
„mam, ale jeszcze nie podłączone”

to były trzy najpopularniejsze zwroty w całym rejsie. Pierwszy – wynikał z tego, że przed wypłynięciem, na jachcie zapanował ogólny szał wynoszenia wszystkich „zbędnych” rzeczy do hali Sebastiana – w której życzliwy kolega udostępnił mi kawałek przestrzeni do zmagazynowania gratów. Wcześniej korzystałem z uprzejmości kolegów z jachtu „Województwo Toruńskie”, ale oni już wrócili z dalekiego rejsu na Morze Białe i chcieli w swoim magazynku zainstalować półki. Jestem im bardzo, bardzo wdzięczny – praktycznie uratowali mi życie prze okres od kwietnia do września.

Ale wracając do zwrotów. Więc definicja „zbędna rzecz” była dość luźna i w bardzo małym stopniu zależała od mojej decyzji. Stąd poszukiwania tego, czy owego najczęściej były kwitowane zwrotem – aha to jest „u Seby”. Drugi zwrot pochodził ode mnie – co i raz ktoś się mnie pytał „stary jak to mam umocować”, a ja z kamienną twarzą, prawie zawsze odpowiadałem „na trytytkę” trytytytek na Fayce było pod dostatkiem – kupiłem wielki pojemnik – z pięćset sztuk. Nawet w pewnym momencie zastanawiałem się, czy nie warto zmienić nazwy jachtu z „Fayka” na „Trytytka 3”. No ale weź tu się zamelduj w marinie np. w Hiszpanii z taką nazwą. Tu musicie przyznać, że Foxtrot Alfa Yankee Kilo Alfa jest bezkonkurencyjna 😉

Trzecie sformułowanie, dotyczyło w większości elektroniki, choć nie tylko. Przykład: „Ktoś mówi – kurde, ale zimno, przydało by się ogrzewanie. Odwrócenie głowy do mnie z pytaniem w oczach – a ja od razu odpowiadam – ogrzewanie mam – jest w pudle, ale jeszcze nie zamontowane” i tak co chwilę… ach nudni ci moi załoganci, że trudno wytrzymać…

W poniedziałek w nocy o 23:50 wpłynęliśmy do cieśniny Kalmarsund. Oczywiście, jak to w cienienie, wiaterek z północy wiał wzdłuż i kontynuowaliśmy halsowanie – już teraz gęsto, bo Kalmarsund w najszerszym miejscu ma 12 mil. Tak się telepaliśmy do wtorku do 13:46 kiedy to szczęśliwie zacumowaliśmy w pięknej marinie w centrum Kalmaru. Załoga ogarnęła łajbę, a ja poszedłem się zameldować i złożyć stosowną ofiarę. Dobowy postój jachtu takiego jak Fayka – 12m z czterema osobami na pokładzie, z prądem, wodą, kibelkami, prysznicami, sauną – 220 SEK. Powiedzcie jak to jest? Szwecja – jeden z droższych krajów na świecie – postój 105 PLN – a na Helu – postój 60 PLN, ale prysznice w co najmniej średnim baraku z blachy falistej – 7 PLN od łebka – czyli 4 osoby rano i wieczorem – razem mamy 116 PLN – ja tego nie rozumiem…

Wieczorkiem poszliśmy zwiedzić troszkę Kalmar. Wiesia koniecznie chciała w Kalmarze zjeść kalmary. Więc wstąpiliśmy do restauracji …. greckiej …. na tradycyjne szwedzkie danie …. kalmary smażone w panierce.

Wieczorkiem Darek i ja poszliśmy zażyć tego, co w krajach skandynawskich tygryski lubią najbardziej – gorącej sauny.

Środa rano. Zjedliśmy pyszne posilne śniadanko – jest jedna z nielicznych wad żeglowania z Wiesią – ona za punkt honoru stawia sobie utuczenia każdego załoganta o co najmniej trzy kilogramy tygodniowo. Potem zrobiliśmy zakupy, ja poleciałem jeszcze porobić trochę fotek i wracając natknąłem się na świetnie wyposażony sklep żeglarski. A był on nam potrzebny, bo w czasie nocnej wachty Darek postanowił sprawdzić, czy kamizelka pneumatyczna działa prawidłowo. Poszedł na dziób, dał sobie zaplątać jakąś linkę o rączkę uruchamiającą kamizelkę i odpalił ją 🙂 Zadziałała. Resztę rejsu do Kalmaru Darek odbywał w pięknym żółtym rogaliku. Trzeba było kupić zestaw „refill” do kamizelki. Kupiliśmy, panowie w sklepie do razu uzbroili kamizelkę na nowo, a Darek po wydaniu na bezdurno 60PLN, z bólem swojej poznańskiej duszy, postanowił więcej nie odpalać kamizelki na próbę… Bo jak mawia Rafał „nie prawda, że my poznaniacy jesteśmy sknerami… my po prostu nie lubimy wydawać na bezdurno pieniędzy”.

O pierwszej zabraliśmy się i pojechaliśmy w drogę powrotną. Zajechaliśmy jeszcze do stacji paliwowej. Tu było ciekawie. Pana nie było, ale oczywiście był telefon, zadzwoniliśmy, pan podjechał. U nas koleś na pełnym etacie siedziałby w budce i obryzgał paznokcie, lub jak na Helu nie byłoby stacji wcale…. Pan zapytał nas, czy nasza jednostka ma co najmniej 12 m długości. Powiedzieliśmy, że tak, ale zdziwiliśmy się skąd to pytanie. Pan nam wyjaśnił, że prawo szwedzkie zezwala na sprzedaż tańszego paliwa, ale tylko do jednostek od 12 m w górę. Spytaliśmy, czy to dobre paliwo – Pan powiedział, że najlepsze…

Z paliwem należy się trochę wyjaśnienia – na Fayce mam dwa prawie pięciuset litrowe zbiorniki paliwa …. mam ale nie podłączone 🙂 Jechaliśmy więc na zbiorniku rozchodowym – 40l, kanisterku 30l i dwóch baniaczkach po 5 litrów. Stąd to ciągłe uzupełnianie paliwa. Odpowiedź na pytanie, dlaczego główne zbiorniki są niepodłączone, jest troszkę bardziej skompilowana, niż by się na pierwszy rzut oka wydawało. Wszytko jest przygotowane – pamiętacie Wielkanocne Mazurki. Byłbym to podłączył, ale pojawił się Moris i powiedział mi, że on ma identyczną klapkę Vetus’a do wlewania paliwa. A raczej miał, bo to dziadostwo tak przeciekało, że nie sposób było uszczelnić i ciągle miał wyciekające paliwo w zęzie. W efekcie wymontował, przyspawał sztywne kolanko z kwasówki i jest OK. Na potwierdzenie jego słów sprawdziłem w katalogu Vetus’a – wycofali ze sprzedaży te klapki i wprowadzili sztywne :-(. Nie będę ryzykował – muszę to cholerstwo wymontować, oddać do Zakładu Żarna – aby mi przyspawali na sztywno aluminiowe kolanka. A jeśli się nie da, to żeby zrobili nowe całe z kwasówki. A miało być tak pięknie.

Po zatankowaniu ruszyliśmy. No i zaczęła się dyskusja. W Kalmarze jest bardzo długi i wysoki most – ma 26 metrów wysokości i prawie sześć kilometrów długości. Darek i ja uważaliśmy, że skoro już jesteśmy w Kalmarze, to warto „zaliczyć” przepłynięcie pod tym mostem. Praktyczna Wiesia z praktycznym Rafałem protestowali – że po co, to dodatkowe dwie mile, i to nie po drodze itd. My na to z Darkiem, że pływanie do Kalmaru na przełomie września i października to generalnie jest bez sensu i jeden więcej symboliczny bezsens nam nie zaszkodzi. Ostatecznie głos nierozsądku zwyciężył. Zaliczyliśmy przepłynięcie pod mostem.

Wiaterek oczywiście odwrócił się i zaczął wiać z południa do południowego wschodu. To oczywiście po to, byśmy nie mieli za łatwo…

Za to siła wiatru była idealna 18-25 węzłów. Darek na ich wachcie zaczął się bawić z trymowaniem żagli i ustawił Faykę tak, że przez całą ich wachtę płynęła sama wskazanym kursem bez dotykania do steru. Co ważne ster nie był umocowany, czy przywiązany tylko luźny. Trymowanie żagli wymagało regulacji prawie co do centymetra, ale efekt był piorunujący. Wręcz magiczny. Potem zmieniliśmy ich na wachcie i Fayka nadal płynęła sama. Byłem więcej niż szczęśliwy – taka właściwość jachtu oznacza, że z samosterem wiatrowym Fayka będzie pływała całkowicie samodzielnie. Jest to ten przyjemny moment, gdzie okazuje się, że to co zaplanowaliśmy, staje się takie jak zaplanowaliśmy.

Potem cały czas staraliśmy się zwalać robotę sterowania na biedną Faykę 😉 A co ciekawe praktycznie nikomu nie udawało się ręcznie utrzymywać kursu tak dokładnie, jak jacht to robił sam.

Nad ranem wypłynęliśmy z Kalmarsundu – Darek z Wiesią nie chcąc niepotrzebnie halsować przejechali w odległości niecałej pół mili od kamulców i płycizny. No, ale stalowy jacht plus zaledwie 130 cm zanurzenia pozwala czuć się bezpieczniej.

Z Kalmarsundu obraliśmy kurs taki jak nam wiatr pozwalał – na Kaliningrad. I tak płynęliśmy przez następną dobę – ponad 120 mil. Cały czas bajdewindem lewego halsu. Fayka, jak wspominałem, nie jest regatówką i do wiatru (pozornego) idzie maksymalnie 40°. Darek z Rafałem próbowali płynąć ostrzej, ale po pierwsze łatwo było wtedy o przedobrzenie i łajba łapała fałszywy hals, co zwykle kończyło się wykonaniem „oberka”, czyli wymuszonego zwrotu przez rufę 🙂 Ponadto płynąc ok. 40 stopni do wiatru Fayka „wyciągała” około 5 węzłów – jedna wachta czterogodzinna to 20 mil. Gdy koledzy „rzeźbili” na 30° prędkość spadała o 1 węzeł, więc przez wachtę można było przepłynąć 16 mil. W pierwszym przypadku kurs był gorszy o 10° zatem biorąc pod uwagę, że tangens 10° to 0,176326981 otrzymamy  pozycję gorszą o 3,526539614 mili. Zatem płynąc 40° jesteśmy minimalnie szybsi i do tego łajba płynie spokojniej, nie tracimy czasu na „oberkach”, żagle i takielunek mniej się nadwyręża, a ci co mają wolne mogą wygodniej spać. Kiedyś, gdy pływałem na czarterówkach nie zwracałem na to uwagi. Ale teraz to mój jacht, mój takielunek i moje żagle. Skoro nie ma uzasadnienia do ich nadmiernego „wytrzepywania” to po co to robić? Dłużej posłużą. A z wygodą osób pod pokładem, to trochę tak, jak ze spaniem pasażerów w aucie. Można o ty nie myśleć, jechać jak Kubica i co chwilę mieć zaspane zapytania – co, co się dzieje. A można jechać płynnie i dać ludziom pospać, i wypocząć. Na jachcie to jest szczególnie ważne. Zmieniająca nas wachta, jeśli będzie wypoczęta zapewni nam większe bezpieczeństwo, gdy my w tym czasie będziemy sobie spali. Dlatego, szczególnie w nocy, staram się prowadzić jacht jak najpłynniej. To powinien być swoisty taniec jachtu, fali i wiatru, bez zbędnego szarpania, walenia o falę, stukania, łopotania żaglami. Moim zdaniem warto za sterem na chwilę wyciszyć się, nawet zamknąć oczy i wyczuć jak jacht płynie na fali. To nie jest motorówka – tu nie dokonujemy gwałtu na naturze przy pomocy silnika i nadmiaru mocy. Tu natura z nami ma współgrać. Najpiękniej to wychodzi, gdy jacht płynie sam – wtedy nie ma walenia o fale, stukania, łopotania. Wszystko jest zsynchronizowane. Jacht wjeżdża na falę delikatnie ostrząc, potem z niej zjeżdża leciutko odpadając. Warto to mieć na uwadze i przy następnej okazji poćwiczyć.

A życie na jachcie płynęło sobie spokojnie. W pewnym momencie Wiesia postanowiła wypróbować piekarnik. Od Zbyszka i Mirki Staryszaków otrzymaliśmy w prezencie na chrzciny Fayki pieką formę do pieczenia. Okazało się, że ta forma idealnie pasuje do Faykowego piekarnika – jak gdyby była robiona na zamówienie. Takich okazji się nie przepuszcza. Wiesia zrobiła wspaniałą zapiekankę z makaronu, tuńczyka, sera przypraw i dodatków. Do dzisiaj mi ślinka leci na tę myśl. Melduję, że piekarnik też działa znakomicie.

Ogólnie z kuchni Wallas jestem bardzo zadowolony. Ładnie wygląda, działa niezawodnie, dobrze grzeje, nie śmierdzi, obsługuje się przez włączenie guzika, spaliny wylotowe także nie śmierdzą i są relatywnie chłodne, jest łatwa do umycia i utrzymania czystości, nie generuje wilgoci w jachcie, wręcz przeciwnie – osusza wnętrze zasysając powietrze i wyrzucając wilgoć na zewnątrz, i nie jest na gaz! Zużywa zaniedbywane ilości paliwa. Kuchenka 0,09 do 0.19 l/h. Piekarnik trochę więcej – 0,1 do 0,25 l/h. Znaczy to, że do upieczenia kurczaka potrzeba zużyć ok. ćwierć litra ropy – 1,3 PLN. A diesla można kupić wszędzie na świecie. Z gazem jest różnie – już choćby w Szwecji mają inne butle.

Aby nie było tak mega cudownie doszukałem się trzech wad tej kuchenki. Po pierwsze długo się rozgrzewa – już to opisywałem. Po drugie kuchenka jest wrażliwa na niskie napięcie. Jeżeli akumulator będzie wyżarty do zera (czytaj poniżej 11 V) kuchenka nie odpali. Do rozruchu kuchenka przez chwilkę pobiera dość sporo prądu, ponad – 7A – ma coś w rodzaju świecy żarowej znanej z silników diesla. I jeśli akumulator będzie rozładowany – nie odpali. Amen. Ale takie rozładowywanie akumulatorów to generalnie zła praktyka – kończąca się często zabiciem akumulatora. W takiej sytuacji nie należy myśleć o herbatce, tylko o niezwłocznym naładowaniu baterii. A jak choć trochę podładujemy to już kuchenka odpali i możemy cieszyć się herbatką. Kolejna wada, której nie doświadczyłem i nie chciałbym doświadczyć, to wrażliwość na jakość paliwa. Kolega Marcin z „Long Martina” posiadający taką kuchenkę opowiadał, jak kiedyś w Szwecji zatankowali okazyjnie tanie paliwo od rybaków (była to chyba mieszanka diesla i mazutu). W efekcie kuchenka padła i zasmarkała się w środku czarnym smołowatym gównem tak, że trzeba było wymienić cały palnik. Z tego względu cieszę się, że Fayka ma prawie tysiąc litrowe zbiorniki – to pozwoli mi troszkę lepiej wybierać miejsca, gdzie będę tankował.

Ja tu sobie gadam, a w tym czasie dopłynęliśmy pod Kaliningrad. Będąc około 20 mil od brzegu uznałem, że lepiej nie wjeżdżać na ruskie poligony i zarządziłem zwrot. Wszystko wskazywało, że po zwrocie kurs będzie taki, iż spokojnie wpłyniemy do Helu. Hi hi zaśmiał się Neptun i delikatnie odwrócił wiaterek. Ostatecznie to co się udało „wyrzeźbić” to wjechanie do Władysławowa. Wszyscy już bardzo chcieli odpocząć. Ach, ale jeszcze mięliśmy przygodę ze zwrotem. Wiaterek już tężał i pokazywało się 32-35 węzełków – to jest już  8Bf. Zaczęliśmy rolować genuę by zrobić zwrot, a tu nic. Roler się obraca, a żagielek się nie zwija – jakaś kiszka. Falki były już sporawe. Darek przypiął się do live liny i powędrował na dziób. Okazało się, że wykręciła (choć nie powinna za nic w świecie) śrubka łącząca roler z profilem, w którym jest osadzony sztag. Darek na huśtawce i przy wiaterku jakoś paluszkami tę śrubkę wkręcił (jeden fart, że nie poleciała sobie „na głubinu” a drugi, że Daruś jako chirurg ma takie zręczne paluszki – i to wcale nie jest reklama Darka :-).

Foczek się dało zrolować – i pojechaliśmy do Władysławowa – choć wtedy jeszcze myśleliśmy, że do Helu 🙁

Do Władka wpłynęliśmy w nocy 0:14 w sobotę. Marina we Władku (a w zasadzie port rybacki) nie należy do najcudowniejszych – ale nie wybrzydzaliśmy. Stanęliśmy w Y-bomach dla malutkich jachtów wystając całą rufą 🙂

A zrzucając grota zobaczyłem, że jeden z wózków Harkena wypadł, zastanawiałem się jak to możliwe, ale bliższa inspekcja pokazała, że po prostu pękł. Zmartwiłem się, bo system Harkena miał być „гнется не ламется”. Co będzie na oceanie, Hornie ? Na razie pojechało do Harkena mają się wypowiedzieć.

Rano śniadanko i wyjazd. Byliśmy przekonani, że dojedziemy w sobotę po południu do Górek. To przecież tylko 32 mile… ale niestety pod wiatr. Wzdłuż półwyspu helskiego jeszcze szło jako tako, dwa halsy, potem włączyliśmy motorek. Jednak po wypaleniu połowy paliwa uznałem, że musimy mieć paliwo na manewry i postawiliśmy żagle. I zaczęła się, żmudna halsówka. Z mariny były co chwilę telefony, gdzie jesteśmy dlaczego jeszcze nie dopłynęliśmy, a my sobie powolutku prawy halsik, zwrot, lewy halsik, zwrot itd.

Zacumowaliśmy w niedzielę o godzinie 4:10. Mały klar na łódce i spać. O dziewiątej już „puk puk puk – żyjecie?”, „Powiedzcie jak było?” No to sobie pospaliśmy …

Łącznie zrobiliśmy ponad sześćset mil, a ostatecznie nasza trasa wyglądała tak:RejsDziewiczyTraceNiebieski ślad – droga do Kalmaru, czerwony powrotna.

Bilans strat i uszkodzeń: wykręcona śrubka przy rolerze, pęknięty wózek grota, rozerwany oplot prawego szotu foka – musieliśmy  nie zauważyć, że gdzieś się zaczepił i wybrać go na kabestanie. Potem dodałem cztery lineczki zabezpieczające go przed taką ewentualnością.

Fayka i załoga spisały się znakomicie. Jak się spisywał kapitan … pytajcie załogi i Fayki 🙂

Fotki są na fotoblogu tutaj (dorzucę później – filmiki na youtube – i dam znać):

http://www.ciunczyk.com/slawek/Fayka/Rejsy/FOSST/index.html

8 odpowiedzi na Dziewiczy rejs!

  1. Arecky pisze:

    Na trytytkę mam osobiście prostszą nazwę: krawatka (z ang. tie)
    🙂

  2. Slawek pisze:

    Krawatka się nie nadaje, bo się będzie myliła z krawatami, których na każdej łajbie pełno….

  3. Arecky pisze:

    No właśnie. Tak jak napisałeś – krawatka się nie nadaje.
    Tak samo jak i trytytka jak to-to nazywasz. Nie wiem jakich użyłeś, ale te zwykłe mają tę wadę, że plastik szybko robi się sztywny i zwłaszcza o samą zapinkę paska można się nieźle skaleczyć. Po drugie, o ile to nie są te policyjne co się używa zamiast kajdanek, to te zwykłe stosowane do baleronowania kablunków w warunkach takich jak na morzu, szybko sparcieją i popękają.
    Ja bym zastosował jakieś bardziej żeglarskie rozwiązanie – nie będzie problemu z nazewnictwem.

  4. Slawek pisze:

    Ale one miały wytrzymać tylko 2 tygodnie, no i wytrzymały – teraz je wywalam i robię docelowe rozwiązania.

    BTW może jakieś piwko we wtorek?

  5. Bartek pisze:

    Coś czuję, że to się kiedyś zakończy książką.

  6. Slawek pisze:

    A komu by się chciało to czytać i co gorsza własne pieniądze wydawać 😉

  7. Bartek pisze:

    Dokładnie szanowny imienniku – książka to było by najlepsze zwięczenie bloga, materiał na pierwszy tom już jest, trochę go trzeba tylko pouzupełniać i zredagować, może wydać w porozumieniu z projektantem….
    Drugi zaczyna się właśnie tworzyć, życzę by był jeszcze ciekawszy ….

  8. Bartek pisze:

    Pisarstwo to Twój przyćmiony żeglarstwem talent, który eksploduje pewnego bezwietrznego dnia na środku oceanu.
    Z głodu nie umrzesz jako pisarz 🙂
    Jacht też może na siebie zarabiać bo chętni na komercyjne pływanie już są 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *