Nie samym żeglowaniem czytelnik bloga żyje

Trochę informacji z budowy by się przydało. Dzisiaj (tj 12 czerwca 2015r) Fayka została szczęśliwie zwodowana. Uprzejmie donoszę, że nadal pływa 🙂

Jako że mam spore opóźnienie w relacjach stoczniowych, to choć sporo się działo, nie mogłem jakoś się zebrać i napisać. Więc teraz będzie zwięzły, rzeczowy raport.

Prace zewnętrzne

  • szpachla
    Po wyjęciu z wody na jesieni okazało się, że na kilach i dnie znowu był dramat. Szpachla odpadła całymi płatami wraz z moim drogim Coppercoat’em 🙁 Nie pozostało mi nic innego jak wziąć w ręce szlifierkę kątową i na wolnych obrotach wszystkie dziury wydrzeć aż do zdrowego. Trochę jak obróbka ubytków u dentysty. Przy okazji okazało się, że panowie malarze opłaceni solidnie ubiegłej wiosny też odwalili kiszkę, bo znalazłem miejsca, gdzie podkładówka była pomalowana na nieusuniętą starą farbę antyporostową i oczywiście odlazło. Dlatego na pytania miłych kolegów z mariny: dlaczego leżę pod jachtem, a nie zleciłem tej roboty odpowiadam, że właśnie wcześniej zleciłem i dlatego leżę pod jachtem. Wszędzie tam, gdzie Coppercoat był mocny został tyko zmatowiony – tę robotę odrobił Darek. Oszlifowane miejsca zostały nastepnie sprawdzone przez Pana Wiesława – szkutnika, który dodał mi z drugie tyle punktów do wyskrobania. Potem wszystko umyłem Izopropanolem – przy myciu wyszły kolejne miejsca – wszędzie tam, gdzie ściereczka się zahaczała, trzeba było dalej wydzierać szpachlę do zdrowego, bo odstawała. Po ostatecznym komisyjnym uznaniu, że chyba wszystkie ubytki zostały opracowane – pomalowałem je epoksydową podkładówką. Nazajutrz, gdy epoksyd jeszcze „kontaktował” wszystkie te miejsca zostały pomalowane Coppercoat’em. Dałem mu wyschnąć przez tydzień, potem zmatowiłem, go i pomalowałem dno po całości. Tuż przed zrzuceniem Fayki do wody całe dno zostało delikatnie zmatowione drobnym papierem o gradacji 600. Ma to na celu wyeksponowanie miedzi z Coppercoat na działanie wody. Producent nazywa to aktywacją. Tej operacji też nie zrobili w tamtym roku panowie malarze. Choć w instrukcji było napisane i pytałem ich czy rozumieją wszystko. I podobno dlatego Coppercoat nie wszędzie zadziałał tak jak powinien. Zobaczymy już jesienią…
  • farba
    taśma odblaskowa z linią wodną nie sprawdziła się zupełnie, częściowo zmyły ją fale, a resztę karcher 🙁 Podczas zmywania kleju od taśmy, który wręcz przeciwnie, trzymał się jak diabli, zaczęła odchodzić granatowa farba z burty. Praktycznie dało się ją całą ściągnąć z jachtu płatami. Więc burty w obszarach granatowych całe poszły do przeszlifowania, przeszpachlowania, pomalowania podkładem i ponownie granatowym poliuretanem. Spodziewam się, że na jesień pomaluję górę lub być może całość jachtu.
  • przepusty
    w kadłubie wywierciłem dwa otwory do zamontowania przepustów do zrzutu wody z umywalek, pryszniców i zlewu kuchennego – tzw. szarych ścieków. Oczywiście otwory zostały obrobione, pomalowane wielokrotnie farbą epoksydową. Przepusty są solidnie wklejone na Sikaflex i mocno dokręcone, Na przepustach założone są zawory calowe, a na zaworach króćce na rury do ścieków 19mm VETUS’a.
  • ster (trymer)
    Panowie z zakładu Żarna przygotowali mi nowe piórko trymera steru. Teraz jest przeprojektowane tak, by nie dało się go podbić od dołu na kamulcach – jest podcięte. Od góry ma też podcięcie oraz wspawany mechanizm blokowania w pozycji na wprost. Mechanizm jest solidny i tak samo solidnie przyspawany. Piórko i mechanizm zostały dokładnie pomalowane Coppercoat’em.
  • polerowanie dziobu
    nawet nie musieliście dokładnie się przyglądać, by zauważyć, że uchwyty kotwic na dziobie są z surowej blachy nierdzewnej. Wyglądało to ohydnie i odbierało Fayce sporo uroku. Miałem do zrobienia kilka pilnych prac spawalniczych na Fayce, a umówiony spawacz nadal był zagranicą. Szczęśliwie udało mi się zamówić wizytę Panów z zakładu Żarna. Raniutko o siódmej przyjechali dwaj Panowie i przystąpili do intensywnej pracy. Efekt – pięknie wypolerowane policzki uchwytów kotwic i bukszprytu, dopasowane do zawiasów piórko trymera steru, zaspawane wszystkie otwory w zbiornikach w związku z modyfikacją instalacji ściekowej, wspawane uchwyty do mocowania kotwic na czas rejsu, zaspawane pęknięcia w płaszczu steru.
  • uproszczenie bukszprytu
    podczas naprawy złamanego bukszprytu – został on skrócony i uproszczony. Mechanizm napinanego na rolkach watersztagu w końcu okazał się być zawodny i niepraktyczny. Na końcu bukszprytu zostały przyspawane dwa ucha od góry i od dołu. Do górnego jest przymocowywany zaczep rolera CodeZero, do dolnego łańcuch.
  • łańcuch watersztagu
    wspomniany wyżej łańcuch z kwasówki 8mm został zakupiony i dopasowany do bukszprytu. Teraz już nie powinien się złamać. Ale uważać zawsze trzeba.
  • przeróbka fałów sztaksli
    Kolega Andrzej pokazał mi patent Antala, który chce mieć na swoim nowym jachcie. Jest to szyna, na której przy pomocy specjalnego wózka z zapadką, dociąga się fały na maszcie. Z fałami żagli stawianych na stałe, jak sztaksle lub rolowany do masztu grot, jest ten problem, że lina jest potrzebna na chwilę – tylko na moment wciągania żagla. Potem wisi jako wielka zawadzająca buchta (razy trzy lub cztery najczęściej). Taka buchta nie dość, że przeszkadza, to jeszcze lubi się rozwiązać i wypaść za burtę i np: wkręcić w śrubę. Dlatego poprosiłem Dawida z Sailservice, by mi obciął fały zostawiając tylko metr zapasu po zaknagowaniu. Na końcu jest pętla na której należy zawiązać linkę „pilota”, by wciągnąć lub zrzucić żagiel. Potem „pilot” idzie do schowka. Górna część lin została także obrobiona – Dawid wymienił półtora metra oplotu liny na specjalny oplot z Dyneemy co zabezpiecza fał przed przecieraniem się na blokach. Na końcu jest też zaszplajsowana pętla. Pełna profeska.
  • nadstawka samosteru
    cała konstrukcja samosteru wiatrowego będzie zabudowana na specjalnej nadstawce, pełniącej też rolę schodków/drabinki wejściowej z platformy kąpielowej do jachtu. Jest już wstępnie pospawana, przywiozłem ją do dopasowania i odwiozłem z powrotem do skończenia. Teraz tylko męczyć panów z zakładu Żarna.
  • osłona MastConnectionBox
    łączenie kabli idących na maszt, a jest ich całkiem sporo – w sumie siedem, poszło do specjalnej szczelnej (IP68) skrzynki na maszcie. Ponieważ skrzynka jest z plastiku bałem się o jej wytrzymałość mechaniczną. Dlatego zaprojektowałem osłonkę z grubej blachy nierdzewnej. Osłonka dodatkowo pełni funkcję poręcznego stopnia, na który mogę się wspiąć by sięgnąć do rogu fałowego żagla. Niestety Bozia poskąpiła mi wzrostu więc muszę się wspierać technologią…
  • Fugowanie okien nadbudówki
    Andrzej – Master of Flexiteek zafugował mi pięknie okna od nadbudówki – już nic nie będzie ciekło ani nie będzie na biało brudziło spodni 😉

Wnętrze.

Michał, sąsiad z jachtu Aton V, gdy zobaczył wnętrze Fayki zapytał „Boże, czy tam był nalot dywanowy?”

A wszystko to za sprawą Pana Wiesława szkutnika i jego ekipy.

  • ramki okien nadbudówki
    W końcu pozbywamy się wystającej pianki i wszystkie miejsca są obramiane eleganckimi ramkami z tzw. masywu Sapeli. Wymagało to demontażu całego stanowiska nawigacyjnego, zdjęcia i wyprostowania sufitu w kambuzie. Pracy mnóstwo, ale spodziewam się, że efekt końcowy będzie więcej niż dobry.
  • ramki bulajów
    w zaprzyjaźnionej firmie StudioCNC zamówiłem wyfrezowanie ramek z Sapeli do wklejenia do bulajów. Ramki są gotowe, sklejone, czekają na oszlifowanie, dopasowanie i zamontowanie.
  • łazienki
    Panowie szkutnicy okleili wnętrza łazienek płytami białymi z Unilamu. W końcu wyglądają jak łazienki. Ale konieczne było zdemontowanie wszystkich drzwi. Leżą teraz na stosie wraz ze stanowiskiem nawigacyjnym na stole w mesie.
  • przeróbka hydrauliki
    rozpocząłem przeróbkę hydrauliki ściekowej oraz przeniesienie całej instalacji wody słodkiej do magazynku na rufie.
  • czerpnia powietrza
    panowie z Zakładu Żarna zrobili mi elegancką płaską czerpnię powietrza z rozdzieleniem zasilania w powietrze na: komorę silnikową, ogrzewanie i klimatyzację.
  • Roxtec’i
    znalazłem bardzo sprytne profesjonalne przepusty kablowe Roxtec uzyłem ich do wprowadzenia kabli i linek sterujących z kokpitu pod pokład. W przypadku mojej instalacji jest to prawie dwadzieścia kabli więc użyłem dwóch przepustów.
  • naprawa radaru
    jeszcze zimą odebrałem z naprawy Furuno MFD – miał spalone gniazdo zasilania radaru. To po naszej przygodzie z SPB.
  • wymiana dysku w MFD
    przy okazji zajrzałem sobie do mojego Furuno MFD. Natknąłem się tam na dysk twardy z laptopów – mocniejsza wersja Hitachi 40GB.Ponieważ dysk jest z 2008r, pomyślałem że mógłbym go wymienić na większy, nowszy i całkowicie elektroniczny SSD. Tak też uczyniłem. Trochę miałem z tym zabawy, ale w końcu mam dysk 128GB (więcej map) oraz zabezpieczoną kopię oryginalnego dysku na wypadek W.
  • uruchomienie wzmacniacza WiFi
    mając wszystkie zabawki w domu uruchomiłem w końcu mój wzmacniacz WiFi.Coś co dla mnie jako elektronika/informatyka wydawało się być trywialne zajęło mi  łącznie prawie tydzień. Głównym problemem okazało się być Furuno  MFD – które MUSI być serwerem DHCP inaczej nie działa licencjonowanie map. Jednak adresy jakie on przydziela są dla mnie niekoniecznie dobre. Do tego nie rozpoznaje niektórych urządzeń. Ponadto nie mogłem zaakceptować sytuacji bym dla posłuchania Spotify w marinie musiał odpalać Chartploter. Skończyło się na dwóch odrębnych sieciach – jedna całkowicie kablowa -bazująca na malutkim profesjonalnym routerze Netgear – ta sięci obsługuje NavNET3D Furuno, druga Fayka.net jest kablowa i WiFi i obsługuje część „rozrywkową jachtu”. Też router profesjonalny WiFi Netagear. Komputer nawigacyjny ma na szczęście dwa gniazda Ethernet. Może więc też mostkować te sieci. Oba routery zostały oczywiście rozebrane i pomalowane wewnątrz specjalnym lakierem silikonowym FSC firmy Electrolube służącym do konformalowania elektroniki, a po naszemu zabezpieczania przed wpływem agresywnego środowiska. Wszystką elektronikę tym maluję. Nawet telewizor tak pomaluję.
  • uchwyt do latarki, uchwyt do bosaka
    z zabawnych tematów w StudioCNC zamówiłem wykonanie z masywu Sapeli uchwytu do latarki podręcznej – wmontowałem w niej magnes neodymowy w rączce i drugi w uchwycie. Latarka będzie na stałe mieszkała w łatwo dostępnym miejscu. Zamówiłem też dedykowane uchwyty do mojego magicznego bosaka Hook&Moor Bosak będzie mieszkał nad kabiną kapitańską stanowiąc od razu barierkę dla latających pod dachu „kiosku” przedmiotów. Odpuściłem sobie zwalczanie układania tam przez załogę, kamizelek, czapek, rękawiczek i innych rzeczy. Nie da się. Lepiej to zabezpieczyć by rzeczy nie wymeldowywały się na podłogę przy przechyłach.
  • nowe akumulatory
    Fayka dostaje nowiutki komplet dziesięciu akumulatorów. Firma Trojan Batteries wypuściła nowy model przemysłowego akumulatora żelowego głębokiego rozładowania, o parametrach lekko przewyższających ich słynne T105, Przy tych samych wymiarach nie mogłem się powstrzymać.

A zima upłynęła mi bardzo pracowicie – tworzyłem sporo projektów elektronicznych dla Fayki opracowałem też cały kompletny projekt instalacji elektrycznej. Ale o tym w kolejnym odcinku.

Fotki tam gdzie zawsze

http://www.ciunczyk.com/slawek/Fayka/ (strona osiemdziesiąta pierwsza i dalej)

Zaszufladkowano do kategorii Gotowe | 6 komentarzy

A Kiwaczek mówił…

… Budowaliśmy, budowaliśmy i zbudowaliśmy.

Wy możecie powiedzieć: „Czekaliśmy, czekaliśmy i doczekaliśmy się” … na kolejny wpis Faykoblogu.

Po prawie roku opisałem nasz rejs młodzieżowy FaykaSAFE

Fotki jutro, bo mi Internet dzisiaj pada.

Zaszufladkowano do kategorii Gotowe | Dodaj komentarz

Pomóżcie wypłynąć…

Dzisiaj chciałbym oddać Faykoblogową „trybunę” mojemu żeglarskiemu przyjacielowi Wiesławowi Skotnickiemu.

Wiechu czyta bloga chyba od początku, a na pewno do czasów, gdy nie miał jeszcze jachtu. A wtedy chodziły mu po głowie różne myśli, aż w końcu używając swojej biznesowej skuteczności (jest on doświadczonym przedsiębiorcą), wymyślił, zaplanował i zrealizował cały projekt od zrobienia patentu kapitana do zakupu jachtu. Zajęło mu to zdaje się jakieś trzy lata. Tylko ! Ale nie zatrzymał się na tym … i swoim przepięknym jachtem Pacifica zabiera na morskie rejsy dzieciaki z domów dziecka i innych środowisk, gdzie młodzi ludzie nie śmieli by nawet podejść do mariny.

Wiechu robi to na swoim własnym jachcie, głównie za swoje własne pieniądze. Ale ludzie chcą pomagać, dlatego utworzył fundację. Jestem pod ogromnym wrażeniem to co robi Wiechu. Czy wyobrażacie sobie, że taki morski rejs może na zawsze zmienić życie młodego człowieka, może mu pokazać, że nie jest wcale gorszy mimo, że jest ubogi, że jednak ma szansę, że wielka przygoda czeka na każdego, że naprawdę można kreować swój los, a gdy się ma lat trzynaście czy szesnaście to jeszcze całe życie przed tym człowiekiem i nikt może być stygmatyzowany „bo jest z domu dziecka”.

Jeżeli czytacie mojego bloga, to tematy żeglarstwa muszą być Wam jakoś bliskie. Dlatego bardzo Was proszę przeczytajcie co Wiechu ma do powiedzenia.

Oddaję Panu głos Panie Kapitanie.

„Morze i statki wspaniale wyrównują różnice społeczne.”
Sir Robin Knox-Johnston

……Inicjatywa szkoleniowo-wychowawcza, „Pomóżmy wypłynąć…”, której celem jest umożliwienie uprawiania żeglarstwa morskiego młodzieży ze środowisk ubogich, powstała z naturalnej potrzeby pokazania młodzieży, że istnieje inny sposób spędzania wolnego czasu, pożyteczniejszy i zdrowszy aniżeli alkohol, papierosy, gry komputerowe, czy telewizja.

Aktywny wypoczynek na morzu połączony z nauką podstawowych umiejętności żeglarskich może być dobrą podstawą przyszłych wyborów i decyzji.

Żeglarstwo od wielu lat wykorzystywane jest do kształtowania pozytywnych cech charakteru, nauki dyscypliny, oraz zdolności do działań zespołowych. Ciężka praca połączona z morskim rygorem oraz poczuciem odpowiedzialności za innych członków załogi sprawia, że młodzi ludzie uczą się współdziałania, rozwijają w sobie odporność psychiczną i fizyczną  podczas realizacji trudnych zadań na morzu. Nabyte podczas rejsów cechy mogą z powodzeniem wykorzystać na innych płaszczyznach życia oraz w pracy zawodowej.

Rejsy morskie i zajęcia szkoleniowe będą realizowane na jachcie PACIFICA pod okiem doświadczonych żeglarzy.

Trzy lata temu napisałem ten tekst z myślą zbierania podpisów osób i instytucji deklarujących poparcie i być może wsparcie dla tego pomysłu.

Przez ten czas wiele się zmieniło, bywały momenty, w których myślałem, że nie uda mi się tego zrealizować, bo nie znajdę ofiarnych i życzliwych ludzi, bo nie uda mi się przygotować jachtu, bo pojawią się problemy, których nie będę umiał rozwiązać.

Ale udało się.

Od dwóch lat zabieram dzieci z domów dziecka w morze, pływamy, uczymy się żeglarstwa, razem gotujemy i sprzątamy. Rozmawiamy o historii Polski o historii żeglarstwa i o jachtach. Zawiązują się prawdziwe głębokie przyjaźnie. Dzieciaki z początku nieufne, najpierw zastanawiają się skrycie, jaka nowa krzywda może ich spotkać, jednak po dniu, dwóch otwierają się, rozumieją, że to co się dzieje jest prawdziwe, że jacht, kapitan naprawdę jest cały dla nich. Że są ważni, że stanowią zespół – załogę. Wreszcie czerpią radość z morza tak jak tylko młodzi ludzie potrafią się cieszyć.

Od czerwca 2014 roku działa Fundacja Pomóżmy Wypłynąć, którą powołałem w tym celu.

A więc można powiedzieć, że udało się doskonale. Ale tak do końca nie jest…

Za każdym razem zabieram tylko część dzieci, są niestety takie, którym muszę odmówić. Powodem są oczywiście pieniądze. Fundacja wydaje zebrane pieniądze tylko na potrzeby rejsów z dziećmi. Nie mamy telefonów, nikt nie pobiera pensji, nie mamy żadnych innych wydatków oprócz tych, które są zapisane w celach statutowych.

Teraz jest dobry moment, aby o tym mówić, bo jesteśmy właśnie w okresie podejmowania decyzji na co przeznaczymy 1% podatku.

Jeżeli nadal wahacie się na co przeznaczyć swój 1%, a żeglarstwo i wychowywanie nowych żeglarzy jest wam bliskie, nie zastanawiajcie się dłużej. Jeśli zechcecie dołączyć do innych darczyńców, to za wszelką pomoc w imieniu dzieci i swoim własnym serdecznie dziękuję.

Poniżej znajdziecie Państwo wszystkie informacje, niezbędne do umieszczenia w deklaracji podatkowej.

z żeglarskim pozdrowieniem
kpt. Wiesław „Wiechu” Skotnicki

FPWDane kontaktowe fundacji:

Fundacja Pomóżmy Wypłynąć
Biedrzychowice 33, 68-200 Żary
Konto bankowe: 07 1090 2561 0000 0001 2373 4190

P.S. Ja swój jeden procent przeznaczam na fundację Wiecha. Sławek

Zaszufladkowano do kategorii Gotowe | 4 komentarze

Dioda Idealna (prawie)

Już jakiś czas nie było na blogu soczystego kawałka rozważań technologicznych. Ponieważ jestem przekonany, że bardzo tęsknicie pomyślałem, że coś wyskrobię… cieszycie się?

A może to lekka grypa, która mnie od wczoraj trawi, padła mi na mózg ?

Nieważne. Zaczynamy…

Dioda.

Każdy z was na pewno słyszał o takim ustrojstwie jak dioda. Dawniej, gdy jeszcze po ziemi chodziły dinozaury były to lampy elektronowe, podobnie jak triody, pentody i inne. Dzisiaj diody to głównie elementy półprzewodnikowe. A kto wie jak działa dioda i do czego służy? Łapka w górę! Koollleeżanko wikipedia, proszę się nie pchać, tu kolejka obowiązuje. Patrzcie co za maniery, tak się wciskać z odpowiedzią. A może ja też bym chciał opisać? A może ja chcę to opisać nieco prościej niż przy użyciu modelowania równaniem Shockley’a.

No właśnie.

Tłumacząc na chłopski rozum, dioda to takie cóś, co puszcza prąd elektryczny tylko w jedną stronę. W hydraulice jej odpowiednikiem jest zawór zwrotny. A bardzo specyficzną diodę spotykacie codziennie na drogach – znak poziomy P-3 – linia jednostronnie przekraczana (przerywana-ciągła) jest właśnie diodą. Można przez nią przejechać tylko od strony przerywanych pasków, a od strony ciągłej jest „nieprzepuszczalna” No chyba, że się jedzie wypasionym Mercedresem ML. Wówczas może nastąpić zjawisko zwane przebiciem diody. Czasami prowadzi do całkowitego zniszczenia układu 😉

A po co to komu taka dioda?!

W elektronice zastosowań jest bez liku, ale my chcielibyśmy przyjrzeć się zastosowaniom na jachcie.

Zaczniemy od zastosowania najpopularniejszego: rozdzielanie ładowania akumulatorów.

Generalnie zaleca się by na jachcie akumulatory zostały podzielone na banki – co najmniej dwa – rozruchowy i hotelowy. Ja na Fayce przewiduję trzy – rozruchowy, hotelowy i do elektroniki. Do każdego banku podłączone są urządzenia z jego „parafii”. To zapewnia bezpieczeństwo energetyczne – np. pracująca lodówka nie rozładuje do końca akumulatora rozruchowego. Bo lepiej mieć ciepłe piwo niż nie móc odpalić silnika…

Pojawia się jednak problem ładowania. Mając na jachcie jeden alternator produkujący prąd do ładowania akumulatorów, musimy je jakoś „spiąć”. Nie możemy ich połączyć razem, bo szlag trafi cała ideę rozdzielania banków. Czasami spotyka się ręczne przełączniki – użytkownik przełącza ładowanie na ten bank, który chce naładować. Rozwiązanie proste i pewne, ale wymaga ciągłej uwagi ze strony użytkownika.

A gdyby tak podłączyć akumulatory do alternatora przez diody?

Dokładnie tak działają diodowe rozdzielacze ładowania. Prąd do akumulatora płynie przez diodę i ładuje go, ale „pomiędzy sobą” akumulatory się „nie widzą się – diody blokują przepływ prądu między obwodami.

W świecie idealnym to byłby koniec tematu. Ale świat nie jest idealny. Gdyby dioda była idealna to w kierunku przewodzenia była by kawałkiem drutu, a w kierunku zaporowym (nie przewodzenia) izolatorem. Diody rzeczywiste niestety takie nie są. Mają trzy zasadnicze wady. Po pierwsze mają ograniczenie maksymalnego prądu (zależne od modelu) – przy prądach ładowania – około 100A diody muszą być już dość spore. Po drugie w stronę zaporową mają ograniczenie napięcia maksymalnego. Na szczęście w układach jachtowych 12/24V to nie jest problemem. I po trzecie wada najważniejsza. W kierunku przewodzenia, powstają na diodach straty napięcia. Nie wchodząc zanadto w szczegóły, za zwykłą diodą krzemową napięcie jest o 0,7 Volta mniejsze. Niby niewiele, ale to już wystarczy, by akumulator nie był doładowywany należycie. Jeżeli zastosujecie na jachcie taki rozdzielacz diodowy, musicie „podkręcić” napięcie na regulatorze alternatora o jakieś 0,7V by skompensować ten spadek. Aby całkowicie wyeliminować to zjawisko opracowano rozdzielacze ładowania bazujące na tranzystorach polowych FET (a konkretnie na ich wariantach MOSFET, HEXFET). Taki układ odpowiada diodzie prawie idealnej – spadek napięcia w kierunku przewodzenia wynosi 0,02V lub mniej. Czyli można przyjąć, że jest zaniedbywalny. I taki właśnie rozdzielacz ładowania mam zastosowany na Fayce. Konkretnie jest to Victron ArgoFET. Do kupienia np. w Sailservice lub w Eljachcie.

Ale ten artykuł nie ma być reklamówką Victro’a – trzeba przyznać, że działa on elegancko. Choć mi po głowie chodzi układ jeszcze fajniejszy – z ustawianiem priorytetów ładowania.

Na Fayce znalazłem jeszcze trzy miejsca, gdzie diody mają zastosowanie. I we wszystkich tych miejscach doszedłem do wniosku, że spadek napięcia 0,7 V byłby szkodliwy. Można by zastosować tzw. Diody Shotkyego o spadku ok 0,25V, ale to nadal mnie nie uszczęśliwiało. Poszukałem więc w Internecie i wśród wielu rozwiązań odnalazłem takie, które spodobało mi się najbardziej – specjalizowany układ scalony Diody Idealnej. Dla elektroników powiem, że jest to LTC@4358 firmy Linear. Na podstawie tego układu opracowałem malutką płyteczkę drukowaną, która pozwala na dolutowanie do niej kabelków oraz chłodzi wyżej wspomniany scalak. Jest to konieczne, bo sam ten układ scalony jest mikroskopijny – 4 x 3mm, ma szesnaście nóżek –  raster 0,65 mm 🙂

Tak powstała YID Jachtowa Dioda Idealna – no może prawie idealna – wytrzyma 5 Amperów, a spadek napięcia ma 0,02 Volta. Ale płytka jest sprytnie zaprojektowana, że  można je bardzo łatwo łączyć równolegle mnożąc maksymalny prąd.

Do czego to zastosuję:

  • awaryjne zasilanie elektroniki bezpieczeństwa
    W obwód elektroniki bezpieczeństwa (radio VHF, GPS, nawigacja) zostanie wpięty dodatkowy akumulator żelowy – 10-20Ah – zasilanie tego układu zostanie przepuszczone przez taką właśnie diodę. Co to da? W sytuacji normalnej pracy układ będzie pobierał prąd z banku akumulatorów, pomijalny spadek napięcia na diodzie będzie sprawiał, że akumulator żelowy cały czas będzie naładowywany. Gdy bank akumulatorów z jakiegoś powodu się wyładuje, dioda nie pozwoli na wyładowanie akumulatora żelowego dając jeszcze wiele godzin pracy awaryjnej radia i nawigacji.
  • pompa do toalet.
    Jak wiecie na Fayce mam dwie toalety elektryczne. Te toalety do spłukiwania potrzebują wody pod ciśnieniem i do tego celu została zainstalowana dedykowana wydajna pompa Shurflo. Ale toalety są dwie, a pompa jedna. Nie chcę ryzykować „chamskiego” połączenia równoległego obwodów wyjściowych z toalet na pompie. Prawdopodobnie w sterownikach toalet są przekaźniki, więc nic by się nie stało. Jednak strzeżonego Pan Bóg strzeże… gdyby nie było przekaźników, tylko elektronika, to mogłoby się to skończyć dla niej fatalnie. Owszem, gdyby tam były zastosowane tzw. układy otwartego kolektora lub otwartego drenu, to nic by się nie stało. Nie byłem niestety w stanie zdobyć schematu, ani wiążącej odpowiedzi od producenta… Więc wystarczy, że podłączę toalety i pompę przez YID. Spadek napięcia zaniedbywalny, a diody zabezpieczą układy sterownicze w toaletach przed wstecznym napięciem. Zapytałem o takie rozwiązanie producenta i dostałem odpowiedź, że jest to bardzo dobre eleganckie rozwiązanie.
  • pompa(y) zęzowa
    Mam trzy banki akumulatorów na Fayce. Do którego z nich podłączyć pompę zęzową by była najpewniejsza? Oczywiście do wszystkich. Jednak już wiecie z przykładu rozdzielacza ładowania, że nie można tego zrobić tak po prostu. Przy zwykłym podłączeniu kabelkiem będą „wyżerały” sobie prąd. Więc co trzeba użyć? Dobrze kombinujecie – diody. A najlepiej YID Jachtowe Diody Idealne. Trzy malutkie płyteczki i pompa zęzowa zawsze będzie miała zasilanie. Konkretnie zasilanie z najbardziej naładowanego akumulatora. W skrajnej sytuacji wolę ryzykować, że mi silnik w marinie nie odpali niż to, że z braku prądu pompa zęzowa nie zadziała. Oczywiście nie ma obowiązku włączać do zabawy akumulatora rozruchowego.

I taki oto sposobem rozwiązałem trzy ciekawe problemy i stworzyłem kolejny produkt komercyjny YID – Jachtową Diodę Idealną. Oczywiście ona może być zastosowana nie tylko na jachcie, i nie tylko w tych trzech układach. Inny pomysł który przyszedł mi do głowy to np. sterowanie jednego elektrozaworu paliwowego – dla kuchni i ogrzewania. Zresztą możecie resztę wymyślać sami 😉

Diody niedługo będzie można zamawiać u mnie na MOYE.eu.

Zaszufladkowano do kategorii Gotowe | 14 komentarzy

Rok kolejny minął …

… całkiem jak dzień… pamiętacie może: https://www.youtube.com/watch?v=p2TtWseJlPs

Czas coraz szybciej zasuwa, wszyscy to wiemy. Ale dlaczego ? Nie wiecie? Naprawdę?

Na to jest prosty dowód naukowy. Prosta matematyka na poziomie trzeciej klasy. Zobaczcie sami. Dla jednorocznego dziecka kolejny rok to 100% jego życia – może się ciągnąć i ciągnąć, dla dziesięciolatka jeden rok to 10% jego życia nadal sporo… dla trzydziestolatka, to już tylko 3,33%. Dla mnie to zaledwie 2%. Dla stulatka to mgnienie oka – jeden procent życia – jak trzy i pół dnia dnia dla rocznego bebisia.

I co ? Jasne?

Ale chyba wcale nie weselsze…

W piosence śpiewają „…dzień co nic nie przyniósł…”, z mijającym rokiem jest dla mnie zupełnie inaczej. Przyniósł wiele. Przede wszystkim przyniósł na świat nowego człowieka, bardzo dla mnie ważnego – zresztą nie tylko dla mnie, ważnego dla całej naszej rodziny. A człowiek ten jak wiecie już żegluje… Będziemy mu tę skorupkę nasączać…

Ale to blog Faykowy, a nie rodzinny, więc nie będę wchodził w dygresje. Choć ponoć na drugie imię nie mam Wojciech tylko Dygresja 😉 Ooopppsss znowu dygresja. A nie mówiłem.

Fayka sporo żeglowała – jak pisałem przepłynęła już trzy i pół tysiąca mil. Sporo elementów przetestowałem, większość pomysłów się sprawdziła, co się nie sprawdziło będzie poprawione. Dużo zostało zrobione. Listy zadań zrealizowanych łącznie miały ponad dwieście punktów. Sporo jeszcze zostało, ale bardzo chciałbym w nadchodzącym roku doprowadzić jacht do stanu mniej więcej skończonego. W tej chwili pracuje na Fayce Pan Szkutnik kończąc kambuz i ramki na oknach. Na wiosnę będę robił docelową instalację elektryczną. Dlatego sądzę, że w przyszłym roku jacht wypłynie dopiero pod koniec lipca. W planach jest nadal Bałtyk, ale tym razem zachodni. Jak wszystko dobrze pójdzie, to kółeczko Górki – Kalskrona – Skillinge – Bornholm (dookoła) – Ystad – Malmö – Kopenhaga – Archipelag Duński – Rugia (różne) – Zalew Szczeciński – Dziwnów – Kołobrzeg – Ustka – Łeba – Górki. Pewnie zejdzie cały sierpień i wrzesień na tę traskę.

Będę oczywiście informował na bieżąco 😉

A na blogu do uzupełnienia mam jeszcze cztery rejsy SAFE, Lansik z MWK, Bornholm oraz Próchno i Rdzę. Muszę też do końca uzupełnić poradniki.

Ponieważ mam zaprojektowaną całą kompletną elektrykę i elektronikę pokładową poświęcę temu oddzielny artykuł. Opublikuję też schematy, licząc na wasze konstruktywne komentarze.

Zaprojektowałem też sporo urządzeń jachtowych elektronicznych – spora ich część zaczyna przybierać formę produktów komercyjnych. Wszystkie będą dostępne na stronie mojej firmy MOYE.eu (Management Of Yacht Energy).

Na smaczek podam Wam jeden przykład:

Sprytna Skrzynka Bezpiecznikowa (Smart FuseBox).

Jeżeli bezpieczniki na jachcie nie są zintegrowane z tablicą rozdzielczą, to znajdują się gdzieś w czeluściach – w jakiejś specjalnej skrzynce lub skrzynkach – podobnie jak w samochodzie. Problemem jest oczywiście to, że bezpieczników jest sporo i trzeba jakoś znaleźć ten który wysiadł. A zwykle słabo tam coś widać – szczególnie w nocy, gdy właśnie wysiadł bezpiecznik od światła. Zaprojektowałem własną inteligentną skrzynkę bezpiecznikową. Na standardowe bezpieczniki samochodowe. Ale! Nad każdym gniazdkiem bezpiecznika znajduje się dioda LED z prostym układem elektronicznym sprawdzającym, czy bezpiecznik jest OK. Jeśli jest spalony, to dioda się świeci. Widać to jak na dłoni. Można by wprawdzie wykorzystać bezpieczniki z diodą LED, znane z samochodów rajdowych – niestety one nie pokazują stanu bezpiecznika w sytuacji, gdy odbiornik jest odłączony/wyłączony. Moje pokazują. Do tego moja skrzynka bezpieczników jest hermetyczna/wodoszczelna, zapewnia sporą gęstość bezpieczników – 24 szt w jednej skrzynce o rozmiarach 19×12 cm. Wszystkie kable wchodzą przez dławice, obsługiwane są pary kabli – więc układ jest quasi dwupolowy. Pozwala uniknąć zapętleń masy. Do tego listwy połączeniowe są wysokiej jakości listwami z klatkami – to takie które nie niszczą kabli podczas dokręcania. W wersji MegaDeLux mogę zaproponować zamiast listew, zaciski sprężynowe. Choć moim zdaniem to już fanaberia. Miałem na ten temat rozmowę z Andrzejem i nadzieję, że się nie obrazi za to. W skrzynce jest też miejsce na cztery bezpieczniki zapasowe – by zawsze były pod ręką. Wszystko piękne, eleganckie, z rasowych części, w przystępnej cenie. Do tego:  Proudly Design&Made in Poland.

Nic tylko brać i kupować 😉

Kończę, bo poprzedni opis był ponoć strasznie długi…

A w nadchodzącym roku życzę Wam wszystkim dużo Zdrowia, Szczęścia, Wszelkiej Pomyślności w życiu osobistym i w pracy zawodowej. Żeglarzom życzę ciekawych rejsów tych bliskich i tych za horyzont, „nie żeglarzom” by udało się w nadchodzącym roku spróbować pożeglowania.

wasz

Sławek

Zaszufladkowano do kategorii Gotowe | 6 komentarzy

Zajawka…

Dzisiaj opublikowałem w końcu opis wakacyjnego rejsu z Darią Karolem i Jurkiem po zatoce.

Zapraszam tutaj: DKJ2014

Jutro będzie troszkę informacji z budowy…

 

Zaszufladkowano do kategorii Gotowe | 3 komentarze

Osiągi…

Już jakiś czas temu obiecywałem napisać coś o osiągach Fayki. Bartek w dzisiejszym komentarzu słusznie mi to przypomniał.

Osiągi, hmm, Fayka to oceaniczny cruiser, w zasadzie nie myślałem o niej w kategoriach osiągów, ale cóż podam trochę liczb:

Łódka przepłynęła do tej pory około 3 500 mil, w łącznym czasie około ponad 750 godzin. Zatem średnia prędkość podróżna wynosi 4 węzły.

Najszybciej jak zarejestrowałem Fayka płynęła 9,6 węzła – jest to powyżej prędkości konstrukcyjnej kadłuba, która dla tego jachtu wynosi  8,4 węzła (wzór → pierwiastek kwadratowy z długości linii wodnej razy współczynnik). Współczynnik dla starych konstrukcji długokilowych = 1,3 dla nowoczesnych jachtów z finkilem = 1,5. Konstrukcje Fay mają ten współczynnik pośrodku, równy 1,4. Długość linii wodnej Fayki to 36 stóp, pierwiastek kwadratowy to 6 * 1,4 = 8,4 węzła.

Te 9,6 węzła było przy wiaterku bardzo wyraźnie ponad 45 węzłów, czyli już 10-tka w skali Beauforta. Płynęliśmy baksztagiem na zrefowanej genui i na trzecim refie grota.

Fayka „lubi” wiatry od 10 do 30 węzłów. Ja też takie lubię 🙂 Wówczas pod żaglami (przy lżejszych z CodeZero oczywiście) płynie 5-7 węzłów. Na żaglach podstawowych, płynie do 40º na wiatr, na CodeZero trochę pełniej – około 50º. Fordewindu nie lubi, ale który jacht lubi? Na baksztagu przy lekkich wiatrach najlepiej płynąć na samym CodeZero lub spinakerze. Na silniejszych grot, zablokowany Boomlock’iem plus genua.

Łatwo ją wytrymować, tak by płynęła sama, bez dotykania steru. Dobrze to rokuje dla samosteru wiatrowego. Ster jest zrównoważony, steruje się bardzo lekko.

Na silniku po płaskiej wodzie „wyciąga” 6, maksymalnie 7 węzłów. Pod silny wiatr prawie nic nie „wyciąga”.  Przy 35 węzłów pod wiatr na silniku – prędkość SOG była 1,2 węzła. Miałem to na Alandach wychodząc z bardzo wąskiego skalistego przesmyku centralnie pod wiatr. Milkę heblowałem prawie godzinę.

Jako długokilowiec Fayka dość słabo się obraca przy manewrach portowych – tragedii nie ma, ale finkilowce dużo lepiej się „kręcą”. Dobrze, że jest ster strumieniowy i do tego całkiem silny – 90Nm. Trzeba się nauczyć, ja jeszcze cały czas się uczę.

Na dużej fali na kursach pełnych płynie znakomicie, równiutko, nie ma tendencji do obracania się czy kolebania na czubku fali. Na kursach ostrych oczywiście buja, ale jej waga plus konstrukcja dziobu – ostry kąt – sprawi, że nie wali w falę ja wiele szybszych jachtów o płaskim dnie. Przechył nie jest bardzo duży, choć trzeba pilnować wczesnego refowania, by niepotrzebnie nie męczyć załogi. Szczególnie, że brakuje jeszcze uchwytów wewnątrz jachtu.

Przy bardzo słabych wiatrach – poniżej 5 węzłów przy swojej masie Fayka praktycznie nie płynie. O ile na baksztagu będzie się zrywać do2 węzłów to na bajdewindzie będzie wyciągać mniej niż jeden. Jeśli do tego będzie fala to amen. Lepiej odpalić motorek 😉

Z konstrukcji kadłuba jestem bardzo zadowolony. Te pół centymetra blachy stalowej daje mi duże poczucie bezpieczeństwa 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Gotowe | 12 komentarzy

Jak będzie gotowe to się dowiesz…

Jeszcze w czasie podróży z Petersburga próbowałem ustalić jakiś scenariusz naprawy kuchni. Bez możliwości gotowania na jachcie żyje się nieco mniej komfortowo niż przywykłem, nawet mając plazmę. Tym bardziej, że w perspektywie był zaraz rejsik DKJ z Darią Karolem i Jerzykiem – naszym malutkim wnuczkiem. Bez kuchni – ani rusz.

Oficjalnym dystrybutorem Wallas na Polskę jest firma MarcoMarine ze Szczecina.

Ja jednak w ramach kompleksowej obsługi dostaw zakupiłem ją w innej firmie. A ta firma nie korzysta z oficjalnej sieci dystrybucji, tylko zaopatruje się u Lindemann’a.  Podobno z typowymi produktami nie ma najmniejszego problemu, bo Lindemann jest na tyle duży, że może dać na wymianę nowe elementy i cały proces trwa parę dni.

Ale…

Kuchenka Wallas z piekarnikiem i wyposażeniem, to jednak nie jest typowy produkt. Do tego kosztuje około szesnastu tysięcy złotych. Oczywiście nie było kuchni na wymianę pod ręką. W takim wypadku sprzęt musi pojechać do serwisu Lindemann do Niemiec. Robi go dla nich jakiś podwykonawca.

Umówiliśmy się z moim dostawcą, podjechał do mariny dostawczakiem, ja wymontowałem kuchnię, zapakowaliśmy ją i została wysłana spedycją do Bremen. Kuchenka wyjechała 25 czerwca, a w piątek 26-tego była już w serwisie. Do tego przygotowałem dokładny opis instalacji i problemu, by serwis mógł łatwiej dowiedzieć się co i jak. A wyglądał on następująco (w tłumaczeniu):

  1. Urządzenie jest podłączone do zbiornika rozchodowego.
  2. Instalacja jest wykonana rurkami miedzianymi o średnicy zewnętrznej 10mm.
  3. Zbiornik rozchodowy znajduje się w odległości 3m od kuchni, 0.5m powyżej.
  4. Zbiornik rozchodowy posiada prawidłowe odpowietrzenie.
  5. Na lini paliwowej jest zainstalowana pompka napełniająca (typu gruszka jak w silnikach zaburtowych)
  6. Cale urządzenie (kuchnia i piekarnik) pracowało doskonale przez trzy tygodnie
  7. Teraz piekarnik pracuje.
  8. Kuchenka nie pracuje.
  9. Gdy zostanie ręcznie napompowana, kuchenka startuje, ale po paru minutach przestaje i obie diody zaczynają błyskać.
  10. W tym momencie kuchenka bardzo dymi z rury wydechowej.
  11. Nie słychać charakterystycznego cykania gdy kuchenka jest włączona (jak było wcześniej).
  12. Wygląda to na problem zasilania w paliwo – zepsuta pompa lub coś podobnego.
  13. Pojawiły się małe wycieki paliwa (pojedyncze krople) pod kuchenką na górnej płycie piekarnika.

Po paru dniach zacząłem męczyć o jakąkolwiek informację. Czwartego lipca dostałem odpowiedź na mój opis. Wynikało z niego, że instalacja jest wykonana nieprawidłowo. Rurki zasilające mogą mieć średnicę wewnętrzną nie większą niż 1.9-2 mm. Pobór paliwa w urządzeniach tego rodzaju – kuchnie, piekarniki, ogrzewania, nagrzewnice (jak choćby  Webasto) prawie zawsze opiera się na zjawisku kapilarnym i rurki muszą być cieniutkie. Grube rurki przy zbiorniku położonym powyżej powodują nieustanne zalewanie kuchni paliwem. W takiej instalacji konieczne jest też zamontowanie elektrozaworu przy zbiorniku. Odcina on dopływ paliwa w momencie wyłączenia kuchni. Elektrozawór zabezpiecza system przed wylaniem paliwa wskutek zjawiska lewarowania hydraulicznego przy uszkodzeniu wężyka lub zaworu w kuchni. Sytuację dodatkowo pogarszał fakt zamocowania pompki. Kuchenka została wręcz zamęczona nadmiarem paliwa. Ponieważ kuchnia jest dość odporna, wytrzymała trzy tygodnie, a potem padła. Piekarnik ponieważ był używany mniej intensywnie jeszcze nie padł.

Zatem Wysoki Sądzie… winny jest – Sławek!

Napisałem, że trudno proszę w takim razie o naprawę na mój koszt.

Po tygodniu czekania napisałem kolejnego maila z pytaniem, kiedy będzie znana diagnoza uszkodzeń w kuchence, potem kolejnego i kolejnego. Biedny sprzedawca przesyłał te maile pomiędzy mną a serwisem. Zero odpowiedzi. Gdy zapytałem zdecydowanie o termin postawienia diagnozy, nawet nie śmiałem pytać o termin naprawy, dostałem odpowiedź jak w tytule: „Jak będzie gotowe to się dowiesz.” Punto, finito. Było to 16-tego lipca. Równo trzy tygodnie od wysłania kuchenki do serwisu. A nawet do niej nie zajrzeli.

Trafił mnie jasny szlag.

Było to już w trakcie rejsu po zatoce z DKJ. Ratowaliśmy się kupioną w EURO RTV elektryczną kuchenką. Została na Fayce jako backup.

Zażądałem, by natychmiast odesłano do mnie kuchenkę. Odesłali i skasowali mojego dostawcę 160 EUR za transport i pracę pana serwisanta (sic.) Może to tak buduje się siłę niemieckiej gospodarki? Żeby było jasne nie mam pretensji do sprzedawcy (jako osoby), bo obsługa z jego strony jest wzorowa. Ale gdzieś szwankuje współpraca posprzedażna i serwisowa. I opisuję to, nie po to by odstręczać kogokolwiek od zakupów w tej firmie tylko dla informacji jakie problemy mogą się pojawić. A może właściciele lub zarząd to przeczytają i wyciągną wnioski?

W międzyczasie nawiązałem kontakt z MarcoMarine i próbowałem ustalić, co mogło się stać. Kompetentny i sympatyczny pan powiedział, że prawie na sto procent kuchenka jest zalana i zafajdana sadzą. Powiedział, że naprawa jest prosta i nawet producent zachęca użytkowników, by sami umieli zrobić podstawowy serwis. To się rzadko zdarza u producentów. Myśląc o dalekich podróżach doszedłem do wniosku, że muszę umieć zrobić taki serwis. Pan to potwierdził. Wyjaśnił mi, że kuchenka ma trzy, cztery części, które się zużywają. Ale to dopiero po dwóch, trzech tysiącach godzin pracy – czyli po dwóch, trzech latach. Zaczął mnie namawiać bym sam to rozebrał. Ponieważ kuchenka i tak była wymontowana, spytałem, czy nie mógłbym podjechać z nią do ich serwisu i tam asystować przy naprawie. Zapłaciłbym za naprawę, części i szkolenie. Pan się zgodził. Ustaliliśmy termin na 24 lipca.

Raniutko 24-tego zapakowałem kuchenkę do Wiesi auta (moje było używane przez DKJ) i wyruszyłem „aleją radarów” z Gdańska do Szczecina. Na drodze tam i z powrotem złapałem tylko jedną fotkę i to zaledwie na dwie stówy.

O jedenastej byłem przed biurem MarcoMarine.

Kuchenka wylądowała na stole. Pan zaczął ją rozkręcać, a ja obserwować. Uwielbiam takie sytuacje, gdy coś rozkręcamy i nie wiemy, że wystarczy włożyć od spodu w małą dziureczkę spinacz biurowy i obudowa się otworzy. My zaś przez godzinę wykręcamy wszystkie śrubki i odłamujemy plastikowe zaczepy, bo zabraliśmy się od „d..y strony”. To samo było z kuchnią. Wystarczyło położyć ją do góry nogami i był wygodny dostęp do wszystkiego 😉

Kuchnia Wallasa (piekarnik i ogrzewanie też) używają jednakowego we urządzeniach systemu spalania paliwa. Palnik jest prosty jak budowa cepa. Na dnie okrągłej puszki stalowej (nierdzewnej) o średnicy kubeczka (ok 8cm) i wysokości 4cm, znajduje się dopasowany krążek z maty szklanej. Ten krążek jest przyczepiony sprytną sprężynka z drutu, by nie fruwał. Z boku puszki znajdują się cztery elementy – wtryskiwacz (w formie chamskiej cieniutkiej stalowej rureczki), świeca żarowa, iskrownik oraz czujnik temperatury. Z wtryskiwacza pojedynczymi kroplami paliwo jest „psikane” na matę szklaną. Z tej maty odparowuje i spala się wewnątrz puszki. Wentylatorek odprowadza ciepło i spaliny po płycie i do rur wydechowych.

To wszytko w temacie konstrukcji.

Reszta to obsługa i bajery – świeca żarowa ogrzewa puszeczkę, by odpalić kuchnię, iskrownik zapala paliwo przy uruchamianiu, czujnik temperatury informuje co się dzieje w palniku. Do tego elektronika odpowiadająca za diagnostykę, regulację temperatury, dozowanie paliwa, chłodzenie, pompę, zawór, uruchamianie, komunikację z użytkownikiem itd.

Serwis obejmuje kontrolę stanu maty szklanej w palniku, jej wymianę, ewentualnie wymianę świecy żarowej. Reszta w zasadzie się nie psuje. Albo Pan o tym nie wie. Więc na jachcie trzeba mieć zapasową matę, świecę, może do tego czujnik temperatury, pompę paliwową i jest się zabezpieczonym na 99,99% przypadków serwisu/awarii.

Po rozkręceniu okazało się ze cały palnik, mata, okolice są zalane paliwem i zafaflunione sadzą. Pan wszystko wyczyścił, osuszył. Po obejrzeniu maty stwierdził, że jest OK, w sumie trochę brudna od sadzy, ale to się wypali w czasie normalnej eksploatacji. Szkoda wymieniać w tym momencie. Następnie złożył kuchnie, uruchomił. I co – zadziała od razu. Chwilkę pochodziła, wypaliło się w niej co miało wypalić – no i pracuje jak należy. Ufffff.

Całość , ze szkoleniem, wyjaśnianiem czeladnikowi Sławkowi co i jak, trwało niecałą godzinę. Gdy zapytałem ile jestem winny – usłyszałem – pięćdziesiąt złotych. Gdyby nie droga do Szczecina – 300 PLN na paliwo plus 200 PLN na mandat to operacja nie była by zbyt kosztowna. Zakupiłem dodatkowo matę na zapas oraz dwa zestawy poboru paliwa, by zamontować właściwe rurki.

Firma MarcoMarine trafiła na moją listę ulubionych. Polecam serdecznie.

Po powrocie zamontowałem kuchnię, zrobiłem właściwą instalację paliwową. Od tej pory kuchnia działa bez zarzutu. A jesteśmy po dwóch rejsach (razem prawie cztery tygodnie) oraz eksploatacji w marinie. Piekarnik trochę dymił, bo on nie był oczyszczany, więc musiał się sam wypalić, ale teraz jest OK.

Po chwilach zwątpienia znowu jestem zadowolony z wyboru tej kuchni. Oczywiście jest trochę mała, ma tylko dwa palniki, uruchamia się dość wolno, jest wrażliwa na bardzo wyładowane akumulatory. Gdy napięcie na nich spadnie poniżej 11 V kuchnia nie odpali się. Ale to i tak jest ostatni dzwonek by uruchomić ładowanie akumulatorów, gdy nie chcemy ich zniszczyć.

Zalety tej kuchni przeważają: nie ma gazu (który jest niebezpieczny, a różnych krajach są różne rodzaje butli, zresztą gaz nie wszędzie jest dostępny), paliwem jest diesel (na jachcie zawsze dostępny), brak jest otwartego ognia, uruchamianie jest proste – kliknąć przycisk, ładnie wygląda (dla mnie), łatwo się czyści, nie zawilgaca wnętrza jachtu(wręcz je osusza wskutek wymuszonego obiegu powietrza), łatwo się reguluje temperaturę – pokrętło, jest zintegrowana z piekarnikiem, dobrze działa na przechyłach, zużywa bardzo mało paliwa, nie śmierdzi, nie kopci, wylatujące na burcie spaliny są chłodne – nie spalą odbijacza (jak na Elowyn wylot z Webasto).

Oczywiście dla wielu cena będzie zaporowa. Dlatego pewnie Pan z MarcoMarine powiedział, że ludzie kupują głównie same kuchenki, a takie wypasione wersje z piekarnikiem sprzedają maksymalnie 2-3 sztuki rocznie.

Jak na razie kuchnia działa, jest pod moją stałą obserwacją, będę meldował na bieżąco co i jak.

Fotek brak.

Zaszufladkowano do kategorii Gotowe | 13 komentarzy

Oni mają plazmę…

Oni mają plazmę, o jejku plazmę mają na jachcie, ja nie kłamię! Naprawdę! Plazmę mają na jachcie…

Oglądaliśmy sobie, stojąc w marinie w Pucku, Hobbita Pustkowie Smauga w 3D, gdy na kei w pewnym momencie jakiś chłopiec podnieconym głosem zawołał ten właśnie tekst do kogoś ze swojej rodziny 🙂

To jest troszkę zabawne, gdy ludzie komentują coś o tobie, traktując Cię jak powietrze.

Przypomniało mi się opowiadanie jednego z aktorów odnośnie podróżowania pociągiem. Nie pamiętam, kto to był, ale zdaje mi się, że Borys Szyc. Siedzi sobie w przedziale, korytarzem przechodzi jakaś niunia, wlepia w niego gały i zaczyna się wydzierać. „Andżelikaaaa! Choć tu kurde szybko, tu Szyc siedzi, naprawdeeee…”, a że Szyc jest w realu, a nie w TV to nie ma znaczenia. To samo mam ostatnio z Fayką. Ale nie powiem, byłem ostrzegany. Paul Fay wspominał, że posiadanie nieco innego jachtu niż reszta będzie skutkować przyciąganiem uwagi ludzi. A ta uwaga może przybierać różne formy. Od pochwał, dopytywania się o rozmaite rzeczy, przez komentarze w rodzaju „Zobacz Maryśka, a to metalowe z przodu to do łamania lodu w Arktyce – bo to jacht lodowy” – mowa oczywiście o składanym bukszprycie :-), do gości, którzy włażą na teren zamkniętej kei, opierają się wdzięcznie o jacht i wrzeszczą: „Nooooo dawaj, dawaj, tylko tak zrób, żeby było widać mnie całego”. To, że armator siedzi w kokpicie i można, by go zapytać o pozwolenie… eeee tam przecież to tylko fotka.

Od ostatniego wpisu minęło sporo czasu i sporo się wydarzyło:

Popłynęliśmy do St. Petersburga i szczęśliwie wróciliśmy. Relacja tu: SPB2014
Spędziliśmy milutki tydzień na zatoce z Darią, Karolem i Jureczkiem. Relacja tu: DKJ2014
Polansowaliśmy się troszkę z Martą i Witkiem po zatoce. Relacja tu: LansikMW2014
Przeżyliśmy wymagający rejs na północ z młodzieżą: Relacja tu: SAFE2014
Odwiedziliśmy bajkowy Bornholm : Relacja tu: Bornholm2014
Zapisałem też Faykę na zlot „jachtów z duszą”: Próchno i Rdza (w kategorii rdza 🙂
Przed tymi rejsami wykonałem sporo prac na jachcie, pokrótce przedstawiało się to następująco:

  • AIS – odbiornik.
    Nadajnik już od jakiegoś czasu działa – wiecie o tym doskonale, bo można Faykę śledzić na marinetraffic, czy vesselfinder. Ale nie chciało mi za cholerę działać odbieranie sygnałów z AIS i wyświetlanie ich na komputerze, czy moim MFD Furuno przy kole sterowym. A w sumie po to AIS został kupiony 😉 Wspomniany model Garmin AIS600 ma dwa rodzaje wyjść – nowy standard NMEA2000 oraz starszy NMEA0183. Ponieważ na Fayce mam zbudowany tzw szkielet NMEA2000 – chciałem wykorzystać ten nowszy standard. Walczyłem, walczyłem, walczyłem i poległem. Po krótkim grzebaniu w Internecie okazało się, że Furuno najzwyczajniej w świecie nie czyta AIS po NEAM2000 i tyle. sic. Podłączyłem więc po NMEA0183 do MFD i do komputera – wszystko śmiga jak należy. Dodatkowo i MFD i PC odczytują sygnały pozycji prędkości i kursu z GPS AIS’a. Mam zatem dodatkowy backup. Po zamontowaniu planowanego zapasowego GPS będę miał trzy niezależne sygnały dostępne dla urządzeń nawigacyjnych.
  • Dno w małym schowku w mesie.
    Na końcach kanapy w mesie znajdują się dwa schowki. Jeden duży przeznaczony docelowo na „suche dodatki skrobiowe”, drugi mały na kamizelki ratunkowe i sprzęt bezpieczeństwa mieszkańców mesy. W tym małym schowku brakowało dna – które dorobiłem i wstawiłem.
  • Kabel do wiatromierza – przedłużenie
    wspomniany kabel biegnący z góry masztu, przez pół jachtu do kolumny sterowej był nieco za krótki. Dawało się go podłączyć, ale strasznie go ciągnęło. Było kwestią czasu kiedy się urwie. Przeciąłem go i dałem wstawkę. To na teraz. Gdy zamontuję wodoszczelną skrzynkę połączeniową, przedłużę go zgodnie z zasadami sztuki.
  • Obudowa do kuchni – zamontowanie
    Na Fayce kuchnia znajduje się we wnęce zbudowanej ciągu szafek. Wnęka jest ze sklejki i miałem trochę dyskomfortu ujemnego, wiedząc, że wychodzące z tylu rury spalinowe potrafią być bardzo gorące. Zamówiłem z blachy kwasoodpornej #1mm „pudełko” do wklejenia we wnękę. Pół dnia docinania, dopasowywania i mogę spać spokojnie. Do tego przy okazji owinąłem rury spalinowe zakupionym wcześniej specjalnymi taśmami izolacyjnymi z tkaniny szklanej. Już więcej nie stracę pokrywki na miseczkę do sałaty przysmażonej do gorącej rury. Zresztą z samą kuchnią było dużo więcej zabawy. Opiszę to w oddzielnym artykule.
  • Stół w mesie  – docelowa noga.
    Odebrałem z Zakładu Żarna nogę do stołu mojego projektu, który był genialnym pomysłem mojej żoneczki Wiesi. Noga działa znakomicie, sprawdza się zarówno w pozycji stołu, jak i w pozycji poziomej, gdy służy  jako podstawa koi w mesie.
  • Ster – usztywnienie piórka.
    Na końcu steru znajduje się tzw. Trim Tab – ruchome piórko, które po połączeniu ze skrzydłem samosteru wiatrowego będzie zapewniało sterowanie jachtem na dalekich oceanicznych przelotach. Podczas rejsu dziewiczego zgubiliśmy gdzieś blokadę tego piórka. O ile pływanie w przód nie zmieniło się, o tyle w tył praktycznie nie dawało się sterować. Piórko składało się i jacht skręcał w przypadkową stronę. Zamontowałem sztywną blokadę do czasu zbudowania samosteru.
  • Telewizor – umocowanie.
    Odebrany z Zakładu Żarna płaski uchwyt do telewizora zadziałał zgodnie z projektem. Telewizor wisi stabilnie, bezpiecznie no i bardzo elegancko się prezentuje.
  • Zasilanie kibelka – przeróbka.
    Bardzo nie lubię „dawać ciała”. Sytuacja, gdy moje wypieszczone pomysły okazują się do bani, strasznie mnie złości. Tak było z moim pomysłem spłukiwania kibelków wodą zbieraną z prysznica. Dopóki, było chłodno pomysł w miarę działał, choć filtr wody w kibelku ciągle zatykał się włosami. Dokupiłem nawet specjalny filtr do wody. Ale tragedia zaczęła się, gdy zrobiło się ciepło. Woda z prysznica plus mydło, plus szampon, plus włosy, plus brud z ciała, plus zmyty tłuszcz i naskórek, plus temperatura dały mieszankę wybuchową. Po trzech dniach z kibelka waliło jak z szamba i nic nie pomagało. A przecież Bałtyk to nie Śródziemne czy Karaiby 😉 Niestety mój śliczny pomysł musiał pójść się…. zaprzepaścić. Poszły w ruch narzędzia i zbudowałem zasilanie spłukiwania kibelków jako przełączane woda zaburtowa/woda słodka ze zbiorników. Gdy pływam po „Green Water” i mogę w każdej marinie nalać wody do zbiorników, korzystam ze słodkiej – mniej śmierdzi i korzystniejsze dla instalacji. Gdy wypłynę na „Blue Water” będę używał wody morskiej. Ścieki szare – kuchnia, umywalki i prysznice pójdą bezpośrednio za burtę. Czeka mnie w związku z tym przerabianie zbiorników na ścieki i wywiercenie dwóch dziur w kadłubie … ale to już zimą.
  • Wskaźniki paliwa i ścieków.
    Ponieważ czujniki ultradźwiękowe BEP Marine dają się zaprogramować na różne standardy,  zaprogramowałem je na wyjście napięciowe 0-5V. Na allegro po 8 PLN za sztukę kupiłem proste cyfrowe woltomierze i tak uzyskałem szybkie pomiary poziomu paliwa w zbiorniku w prawym kilu, w zbiorniku rozchodowym oraz w zbiorniku czarnych ścieków. Ponieważ zbiornik czarnych ścieków potrafi się przelać, Hania ładnie napisała na taśmie klejącej wierszyk i przykleiliśmy go przy wskaźniku:
    „4.50 wskazuje, że kupa wyskakuje”
    od tej pory zbiornik ścieków nie został nigdy więcej przepełniony :-). Zresztą wierszyk jest zainspirowany tekstem z fińskiego jachtu, który kiedyś wypożyczałem na Alandach. Przy przełączniku ścieków było markerem napisane: „handle shows where the shit flows” – co przetłumaczyłem na „rączka wskazuje, gdzie gówno wędruje”. Choć formalnie zamiast słowa „gdzie” powinno być „dokąd”. To ostatnio częsty błąd: mylenie okolicznika miejsca z okolicznikiem celu. Jednak wówczas wiersz nie miałby rytmu. Na szczęście Ars Poetica rządzi się swoimi prawami. Nieprawdaż?
  • Reflinki do grota – zaszplajsowanie
    Drobna praca bosmańska, będąca wisienką na torcie głównego żagla. Wszystkie linki do podwiązywania go podczas refowania zostały wymienione na jednakowe wykonane z szarej, mięciutkiej, łatwej do wiązania liny. Z jednego końca każdej linki wykonałem zaplecione oczko, z drugiego ładne zakończenie tzw. stópkę.
  • Gniazdko 230V nad kuchenką – zamontowanie
    Dokupiłem zwykłą prostą przenośną kuchenkę elektryczną, można jej używać w czasie postoju w marinach, jako dodatkowy palnik. By ją ładnie podłączać, nad kuchnią zamontowałem gniazdo 230V.
  • Instalacja wody zęzowej – przebudowa na gotowo.
    W końcu przyszły do mnie węże, zawory zwrotne, kolanka, pobory wody i poświęciłem jeden dzień na zrobienie porządnie całej instalacji  do wypompowywania wody z zęzy. Umocowałem pompę elektryczną w studzience, dodałem pobór ręczny, przeprowadziłem węże przez pompę ręczną w kokpicie – wszystko działa jak należy. Temat zamknięty.
  • Stolik w kokpicie – zamontowanie
    Od trzech lat miałem już zakupiony składany stolik do kokpitu – mocowany do kolumny sterowej. Stolik jest ładny z drewna teakowego, ze składanych uchwytem, mocowaniami itd. Pan Wiesław – szkutnik oszlifował ten stolik, zaolejował, zamontował uchwyt i wspólnie przymocowaliśmy go do kolumny sterowej. Działa elegancko.
  • Deska klozetowa – naprawienie
    Kiedyś próbowałem wytłumaczyć laikowi skalę problemów związanych z zabudową wnętrza jachtu. Najbardziej obrazowe wydało mi się stwierdzenie – wyobraź sobie, że wielki olbrzym chwyta twoje mieszkanie lub dom i potrząsa nim, kołysze, kręci. Spójrz dookoła i pomyśl co się będzie w nim działo… To odbywa się na jachcie morskim cały czas, a mimo to daje się w nim w miarę komfortowo żyć 😉 Jednym z ciekawych problemów jest mocowanie deski klozetowej. Na takiej desce siedzi sobie dorodny facet jak ja (o wadze blisko kwintala), a jacht skacze i buja się na fali. Siły jakim poddawane są wtedy zawiasy deski klozetowej są naprawdę potężne. W kibelkach SaninMarin 35, które mam na Fayce mocowanie deski jest bardzo sprytne i powinno wytrzymać dużo, ale coś chyba źle dokręciłem, bo na rejsie do Petersburga całkiem się rozkolebało. Rozkręciłem wszystko i zmontowałem na nowo, przeżyło trzy kolejne rejsy i trzyma się. Jeśli znowu się rozkolebie – zamontuję patent wyczytany w jednej z książek. Pod spodem deki klozetowej przykręca się na mocny klej, dwa, trzy klocki z twardego drewna lub jakiegoś odpornego plastiku. Te klocki muszą mieć ze dwa cm wysokości i wchodzić na styk do wnętrza muszli przy opuszczonej desce. Wówczas pacjent jeżdżący tyłkiem na desce będzie wywierał nacisk tylko na wsporniki (jakoś klocki mi się zaczęły słabo kojarzyć), nie obciążając zawiasów deski. Zobaczymy.
  • Nowa sztorcklapa – zamontowanie
    Sztorckalpa na jachcie to dla mnie zawsze tragedia. Nigdy nie wiem, gdzie mogę ją schować, przewala się to po bakistach, pod zejściówką, grozi zgubieniem za burtą, generalnie jest bardzo niewygodna. No może patent u jednego z kolegów, gdzie sztorcklapa ma swoje miejsce na suwklapie i razem wieżdżają do schowka. Ale ten kolega ma sztywną szprycbudę z nierdzewki i suwklapa zawsze może być odsunięta. Bardzo spodobał mi się pomysł użyty na Elowyn u Volkera. Nie wiem czy to jest wymyślone przez Algro, czy gdzieś podpatrzone, jednak idea jest fajna. Przypomina to trzyczęściowe suwane drzwi do kabiny prysznicowej – tylko, że w pionie. U Volkera są to trzy kawałki pleksi wyciągane do góry. Pociągając za pierwszą kolejno ponosimy drugą i trzecią, bo zahaczają kolejno o siebie wklejonymi listwami. Dodane boczne zasuwki pozwalają zamknąć wejście w trzech położeniach. W pozycji otwartej wszystkie pleksi chowają się w kasecie na dole. Ja poszedłem dalej – mam cztery kawałki poliwęglanu – sprawia to, że kaseta jest nieco niższa – tylko 25 cm i zaledwie 6 cm głębokości. Całość została oczywiście wykonana z kwasówki w Zakładzie Żarna. Do tego zaprojektowałem mechanizm pozwalający zablokować mechanizm w dowolnym położeniu. Jest to zestaw wyciętych otworków w prowadnicach, po których ślizgają się ząbki mechanizmu zamka. Pociągamy za  uchwyt – ząbki robią trrrrt i po puszczeniu zasuwa zostaje w ustalonym położeniu. Aby ją opuścić wystarczy ścisnąć palcami uchwyt, to odchyla ząbki zamka i można opuścić żaluzję. Na razie wszystko jest surowe, ale niebawem zostanie obłożone drewnem i będzie wyglądało elegancko. Najważniejsze, że działa zgodnie z oczekiwaniami.
  • Poprawki do suwklapy
    Nowa sztorcklapa wymagała drobnych modyfikacji suwklapy, przeróbki zamknięcia. Choć przyznam szczerze te zamknięcia na jachtach to pic na wodę. Po pierwsze w dobie bateryjnych szlifierek kątowych wycięcie wejścia do jachtu choćby w drzwiach, czy w oknie luku pokładowego to kwestia minuty. Z drugiej strony w Tallinie taką właśnie szlifierką kątową odcinałem kłódkę do Fayki i  myślicie, że ktoś się w marinie zapytał dlaczego to robię i czy to mój jacht? Zamknięcie jest tylko na łobuza, który wskakuje na jacht, zgarnia komórkę, laptopa i w nogi….
  • Komputer nawigacyjny – podłączenie
    Wykonałem działający model panelu kontrolnego do komputera nawigacyjnego. Jest na nim 6 gniazd USB do podłączenia urządzeń, dwa silnoprądowe gniazda zasilające USB 1,5A, gniazdo RS 232 do komputera, sygnał GPS z sieci w formie USB oraz RS232, wyprowadzone napięcie 12V w postaci gniazda zapalniczki oraz zacisków pod tzw. bananki, przycisk włączania komputera, wyświetlacz z przyciskami, który będzie pełnił rolę pomocniczego wyświetlacza stanu zbiorników i akumulatorów. Nazwałem to MMM Multi Media Monitor. Cały panel jest zaprojektowany w sprytnym programie Front Panel Designer firmy http://www.schaeffer-ag.de. W tym programie korzystając z bardzo wygodnego rozbudowanego edytora graficznego tworzycie swój własny panel, potem klikacie zamów, płacicie kartą i za tydzień przyjeżdża do was piękny  profesjonalny panel. Bajeczka. Mój na razie jest wydrukowany na papierze, bo go dopasowuję, gdy będzie gotowy, oczywiście wrzucę fotki. Wszystko jest zmontowane i polutowane – podłączone do komputera nawigacyjnego – działa.
  • Szafka rufowa – podcięcie pod zamknięcie
    Wiesia wierciła mi dziurę w brzuchu, że szafka na rufie się nie domyka – poprawiłem 😉
  • Separator baterii – podłączenie
    Fayka ma zaplanowane docelowo trzy banki akumulatorów nazwałem je SBB, EBB, DBB odpowiednio Starter Battery Bank, Electronics Battery Bank oraz Domestic Battery Bank.  SBB to akumulator rozruchowy silnika i tylko do tego celu służy, nic innego nie jest do niego podłączone. Robi się tak, by zawsze mieć naładowany i gotowy akumulator rozruchowy silnika. To jest bardzo, bardzo ważne. SBB ma pojemność 100Ah. EBB będzie zasilał tylko elektronikę nawigacyjną, światła nawigacyjne – wszystko co jest związane z bezpieczeństwem. Ten bank będzie miał pojemność 440Ah. Urządzenia będą podłączone do niego za pośrednictwem specjalnego ochronnika STO-P d.c. Power Fault Protector w wersji UPS4012-4: http://www.sto-p.com. Więcej o tym sprytnym rozwiązaniu napiszę przy okazji opisywania mojej instalacji elektryczno elektronicznej. DBB będzie zasilać całą resztę jachtu. Takie rozdzielenie jest moim zdaniem bardzo korzystne, później opiszę to dokładniej. Na chwilę obecną jednym z problemów było rozdzielenie tych akumulatorów. O ile do pobierania energii muszą być oddzielone (by nic nie wyczerpywało akumulatorowa SBB na przykład), o tyle do ładowania powinny być podłączone wszystkie. Do takich celów stosuje się specjalne urządzenia nazywane rozdzielaczami diodowymi. Prostsze tańsze modele naprawdę zawierają diody, które pozwalają jak to diody na przepływ prądu tylko w jednym kierunku – od ładowarki do akumulatora. Jednak diody mają pewną stratę napięcia – dla diód krzemowych jest to ok. 0.6-0.7V i w takich wypadkach trzeba o tę wartość podnieść napięcie wyjściowe z alternatora. Ja zastosowałem rozwiązanie bardziej eleganckie – wyższy model rozdzielacza – Victron Argo FET 100-3. Ten rozdzielacz zbudowany jest na tranzystorach polowych dużej mocy (FET – Field Effect Transistor). Te urządzenia mają pomijalnie mały spadek napięcia od 0.02V do 0.1 V przy pełnym obciążeniu. Jest nieco droższy, ale, nie trzeba kręcić przy alternatorze. Separator został podłączony – działa.
  • Instalacja paliwowa – wykonanie
    Odebrawszy nowe klapy do paliwa z Zakładu Żarna przystąpiłem z Darkiem do montowania ich i budowania docelowej instalacji paliwowej. Chodzi o dociągniecie paliwa ze zbiorników głównych do zbiornika rozchodowego. Po dwóch dniach pracy instalacja została zbudowana i uruchomiona – na razie tylko z prawego zbiornika. Lewy jest sporym wyzwaniem, bo dostęp do niego niestety jest dość utrudniony. Liczę tu bardzo na zręczne chirurgiczne rączki Darka 😉 Pompa działa, wskaźniki działają – jest OK. Pracuję obecnie nad automatem napełniającym zbiornik rozchodowy. Ma to być malutki prosty sterownik zbudowany ma mikrokomputerze jednoukładowym. Jego zadaniem będzie zapewnienie równomiernego poboru paliwa z prawego i lewego zbiornika oraz zabezpieczenie zbiornika rozchodowego przed przelaniem. Mój docelowy system zarządzania elektryką i monitorowania mediów ma możliwość zdefiniowania podejmowanych akcji na podstawie zmierzonych poziomów płynów. Czyli w momencie, gdy w zbiorniku rozchodowym poziom paliwa opadnie poniżej ustalonej wartości – powiedzmy 20% układ napełniania zbiornika zostanie załączony. Napięcie zasilające będzie na nim utrzymywane do czasu osiągnięcia górnego poziomu paliwa – powiedzmy 80%. Dodatkowo czas włączenia będzie także ograniczony do tylu minut, ile potrzeba dla napełnienia zbiornika od 20% do 90%. To jest kolejne zabezpieczenie przed przelaniem. Sam układ napełniania zbiornika po otrzymaniu napięcia zasilania zmierzy poziom paliwa w obu zbiornikach głównych. Następnie przełączy zawór elektryczny na zbiornik, w którym jest więcej paliwa. Po przełączeniu uruchomiona zostanie pompa transferowa pompująca paliwo do zbiornika rozchodowego. Pompa będzie włączona na na czas nie dłuższy niż potrzebne dla napełnienia zbiornika od 20% do 85%. Jest to trzecie zabezpieczenie przed przelaniem. Ostatnie czwarte zabezpieczenie to rurka przelewowa/odpowietrzająca poprowadzona ze zbiornika rozchodowego z powrotem do jednego ze zbiorników głównych. Oczywiście wszystkie te mikrokomputery będą miały mechaniczne bypassy, tak by w razie jakiejś kaszany móc napełnić zbiornik rozchodowy ręcznie, czy to pompą elektryczną, czy w ostateczności ręczną.
  • Kosz dziobowy – wymęczenie na Zbyszku
    podstawowym problemem przy budowie jachtu jest sprawienie by fachowcy zechcieli zająć się właśnie twoim tematem. Tak jest też w temacie nierdzewek. Ale udało mi się, bo Zbyszek, miał w warsztacie gotowy kosz dziobowy, który bardzo fajnie przypasował do Fayki. Jest zamontowany – działa – teraz czekam na zamontowanie na nim świateł nawigacyjnych 😉
  • Szyna na bukszprycie – zaprojektowanie, wykonanie
    By ułatwić zakładanie spinakera CodeZero wymyśliłem system składający się z haka na końcu bukszprytu, stalowej linki prowadzącej, układu linek i snapszekli. Wszystko działało w miarę OK do czasu złamania bukszprytu podczas rejsu SAFE. Teraz pracuję nad nową koncepcją – znacznie prostszą.
  • Greting w kokpicie – wymęczenie u Pana Wiesława
    Udało się wymęczyć Pana Wiesława szkutnika, by zbudował i zamontował greting w kokpicie. Mam już prawie całe drewno w kokpicie, jeszcze tylko oklejenie ścianki nadbudówki i będzie gotowe. Greting jest z Irocco, wygląda superancko. Jest demontowany, można pod nim umyć kokpit, woda spływa bez problemu do szpigatów na rufie.
  • Cybanty w hydraulice – wymiana wszystkich
    Chytry dwa razy traci, kupiłem cybanty do hydrauliki w sklepie w Gdyni – miały być rasowe Jubillee – okazały się totalnym szajsem. Wszystko ciekło, nie można było ich dokręcić. Kupiłem komplet nowych cybantów o dużej sile. Darek zgłosił się na ochotnika i wymienił wszystkie.
  • Flaglinki – skrócenie i zarobienie końcówek
    20 minut roboty i temat flaglinek został definitywnie zakończony. Zawiązałem je w pętle bez końca. Czy ktoś może mi doradzić jak wiązać do takiej zapętlonej linki typową banderkę, która u góry ma pętlę, a na dole linkę? Jakoś sobie oczywiście radzę, ale nie czuję bym to robił profesjonalnie 😉
  • Instalacja paliwowa kuchnia – podłączenie
    Instalację paliwową kuchenki robiłem „na gotowo” dwa razy! Poświęcę temu oddzielny artykuł.
  • Kabestan elektryczny – uruchomienie
    Dopiero po uruchomieniu przekonaliśmy się jaką fajną rzeczą jest elektryczny kabestan. Jest też niebezpieczny, łatwo coś urwać, wkręcić paluchy (i urwać je), zablokować linkę, tak by trzeba było ją potem odcinać (to ja). Ale jak się uważa to pomoc jest nieoceniona, szczególnie przy małej załodze lub wachtach dwuosobowych. Głownie przy stawianiu grota i przy jego refowaniu. Także przy rolowaniu CodeZero i w mniejszym stopniu Genui. Jego zasadniczą wadą jest żarłoczność na prąd. Ale na czas stawiania grota, zwykle silnik i tak jest odpalony, więc akumulatory się ładują…
  • Olej w silniku – wymiana
    I nie tylko, nadszedł czas na serwis silnika (po 50 godzinach) zleciłem to panom fachowcom z firmy MarineWorks. Zrobione.
  • Podłoga w mesie
    Zamontowanie nowej nogi do stołu wymagało wykonania poprawek i modyfikacji podłogi w mesie. Konieczne było podzielnie jej na dwie części, oklejenie krawędzi obłogami, dopasowanie do podstawy nogi, wklejenie listew podpierających, pomalowanie. Jest OK. Podłoga czeka na malowanie końcowe.
  • Navtex – podłączenie anteny
    razem z anteną GPS do AIS zamontowałem i podłączyłem antenę do odbioru komunikatów NAVTEX w moim radioodbiorniku VHF.
  • Prace z radarem – dokończyć
    Ponieważ Leszek odbierał podnośnik od klienta z Gdańska, namówiłem go, by podjechał do Górek i skorzystałem z podnośnika, by przelutować kabelki w czaszy radaru, o których wspominałem. Radar działał doskonale, aż do zwarcia w instalacji w czasie rejsu do Petersburga, kiedy to coś się zjarało w moim Chartploterze – coś związanego z radarem, bo tylko on nie działa. Jestem już umówiony z serwisem Furuno na zbadanie o co chodzi. Może być słabo (znaczy drogo), bo wtyczka zasilająca radar jest stopiona. Na razie nie panikuję – zobaczymy. Trzymajcie kciuki.
  • Przetyczki do podwięzi – poprawki
    Przetyczki do podwięzi wantowych, sztagowych, padunowych itd wszystkie były za długie. Praktycznie o 10-15mm. Powodowało to, że wysuwały się,  a liny ruchome jak szoty z wielką ochotą się o nie zaczepiały. Zdemontowałem wszystkie, zaznaczywszy wcześniej jakie mają być, a znajomy tokarz Seby poucinał je i nawiercił nowe otwory pod przetyczki. Teraz jest cacy. Gdzieś tylko na Fayce wtryniłem paczkę przetyczek ø4mm i za cholerę nie mogę ich znaleźć. Gdy znajdę to założę.

Fotki tam gdzie zawsze

http://www.ciunczyk.com/slawek/Fayka/ (strona osiemdziesiąta i dalej)

Zaszufladkowano do kategorii Gotowe | 4 komentarze

SPB za kilka dni…

Nasz rejs do SPB zbliża się wielkimi krokami – wszyscy dostali rosyjskie wizy, sprawy dokumentów zapięte na ostatni guzik. Ja zasuwam na jachcie całymi dniami by doprowadzić Faykę do jako takiego stanu. Nawet nie mam czasu coś napisać.

Mam nadzieję, że na rejsie znajdę parę chwil to opiszę co się działo. Na razie z listy osiemdziesięciu punktów do zrobienia mam zrobione prawie pięćdziesiąt. A jeszcze trzy dni roboty zostało.

Jutro jadę do mariny kontynuować walkę, a po drodze przez Olsztyn, mam nadzieję odebrać nowe klapy do zbiorników paliwa. Dawno tak nie dałem d..y. Nie sprawdziłem i okazało się, że czujniki ultradźwiękowe BEPMarine nie pasują do Vetus’owych klap. A czujniki Vetus’owe nie działają w metalowych zbiornikach. Więc czarodzieje z Zakładu Żarna błyskawicznie wyczarowali mi nowe klapy z kwasówki.

Na marginesie – mam do sprzedania dwie nieużywane i udoskonalone klapy do zbiorników Vetus’a.

Nie mam czasu pisać dalej, idę się pakować.

Ahoj.

 

Zaszufladkowano do kategorii Gotowe | 11 komentarzy