Dioda Idealna (prawie)

Już jakiś czas nie było na blogu soczystego kawałka rozważań technologicznych. Ponieważ jestem przekonany, że bardzo tęsknicie pomyślałem, że coś wyskrobię… cieszycie się?

A może to lekka grypa, która mnie od wczoraj trawi, padła mi na mózg ?

Nieważne. Zaczynamy…

Dioda.

Każdy z was na pewno słyszał o takim ustrojstwie jak dioda. Dawniej, gdy jeszcze po ziemi chodziły dinozaury były to lampy elektronowe, podobnie jak triody, pentody i inne. Dzisiaj diody to głównie elementy półprzewodnikowe. A kto wie jak działa dioda i do czego służy? Łapka w górę! Koollleeżanko wikipedia, proszę się nie pchać, tu kolejka obowiązuje. Patrzcie co za maniery, tak się wciskać z odpowiedzią. A może ja też bym chciał opisać? A może ja chcę to opisać nieco prościej niż przy użyciu modelowania równaniem Shockley’a.

No właśnie.

Tłumacząc na chłopski rozum, dioda to takie cóś, co puszcza prąd elektryczny tylko w jedną stronę. W hydraulice jej odpowiednikiem jest zawór zwrotny. A bardzo specyficzną diodę spotykacie codziennie na drogach – znak poziomy P-3 – linia jednostronnie przekraczana (przerywana-ciągła) jest właśnie diodą. Można przez nią przejechać tylko od strony przerywanych pasków, a od strony ciągłej jest „nieprzepuszczalna” No chyba, że się jedzie wypasionym Mercedresem ML. Wówczas może nastąpić zjawisko zwane przebiciem diody. Czasami prowadzi do całkowitego zniszczenia układu 😉

A po co to komu taka dioda?!

W elektronice zastosowań jest bez liku, ale my chcielibyśmy przyjrzeć się zastosowaniom na jachcie.

Zaczniemy od zastosowania najpopularniejszego: rozdzielanie ładowania akumulatorów.

Generalnie zaleca się by na jachcie akumulatory zostały podzielone na banki – co najmniej dwa – rozruchowy i hotelowy. Ja na Fayce przewiduję trzy – rozruchowy, hotelowy i do elektroniki. Do każdego banku podłączone są urządzenia z jego „parafii”. To zapewnia bezpieczeństwo energetyczne – np. pracująca lodówka nie rozładuje do końca akumulatora rozruchowego. Bo lepiej mieć ciepłe piwo niż nie móc odpalić silnika…

Pojawia się jednak problem ładowania. Mając na jachcie jeden alternator produkujący prąd do ładowania akumulatorów, musimy je jakoś „spiąć”. Nie możemy ich połączyć razem, bo szlag trafi cała ideę rozdzielania banków. Czasami spotyka się ręczne przełączniki – użytkownik przełącza ładowanie na ten bank, który chce naładować. Rozwiązanie proste i pewne, ale wymaga ciągłej uwagi ze strony użytkownika.

A gdyby tak podłączyć akumulatory do alternatora przez diody?

Dokładnie tak działają diodowe rozdzielacze ładowania. Prąd do akumulatora płynie przez diodę i ładuje go, ale „pomiędzy sobą” akumulatory się „nie widzą się – diody blokują przepływ prądu między obwodami.

W świecie idealnym to byłby koniec tematu. Ale świat nie jest idealny. Gdyby dioda była idealna to w kierunku przewodzenia była by kawałkiem drutu, a w kierunku zaporowym (nie przewodzenia) izolatorem. Diody rzeczywiste niestety takie nie są. Mają trzy zasadnicze wady. Po pierwsze mają ograniczenie maksymalnego prądu (zależne od modelu) – przy prądach ładowania – około 100A diody muszą być już dość spore. Po drugie w stronę zaporową mają ograniczenie napięcia maksymalnego. Na szczęście w układach jachtowych 12/24V to nie jest problemem. I po trzecie wada najważniejsza. W kierunku przewodzenia, powstają na diodach straty napięcia. Nie wchodząc zanadto w szczegóły, za zwykłą diodą krzemową napięcie jest o 0,7 Volta mniejsze. Niby niewiele, ale to już wystarczy, by akumulator nie był doładowywany należycie. Jeżeli zastosujecie na jachcie taki rozdzielacz diodowy, musicie „podkręcić” napięcie na regulatorze alternatora o jakieś 0,7V by skompensować ten spadek. Aby całkowicie wyeliminować to zjawisko opracowano rozdzielacze ładowania bazujące na tranzystorach polowych FET (a konkretnie na ich wariantach MOSFET, HEXFET). Taki układ odpowiada diodzie prawie idealnej – spadek napięcia w kierunku przewodzenia wynosi 0,02V lub mniej. Czyli można przyjąć, że jest zaniedbywalny. I taki właśnie rozdzielacz ładowania mam zastosowany na Fayce. Konkretnie jest to Victron ArgoFET. Do kupienia np. w Sailservice lub w Eljachcie.

Ale ten artykuł nie ma być reklamówką Victro’a – trzeba przyznać, że działa on elegancko. Choć mi po głowie chodzi układ jeszcze fajniejszy – z ustawianiem priorytetów ładowania.

Na Fayce znalazłem jeszcze trzy miejsca, gdzie diody mają zastosowanie. I we wszystkich tych miejscach doszedłem do wniosku, że spadek napięcia 0,7 V byłby szkodliwy. Można by zastosować tzw. Diody Shotkyego o spadku ok 0,25V, ale to nadal mnie nie uszczęśliwiało. Poszukałem więc w Internecie i wśród wielu rozwiązań odnalazłem takie, które spodobało mi się najbardziej – specjalizowany układ scalony Diody Idealnej. Dla elektroników powiem, że jest to LTC@4358 firmy Linear. Na podstawie tego układu opracowałem malutką płyteczkę drukowaną, która pozwala na dolutowanie do niej kabelków oraz chłodzi wyżej wspomniany scalak. Jest to konieczne, bo sam ten układ scalony jest mikroskopijny – 4 x 3mm, ma szesnaście nóżek –  raster 0,65 mm 🙂

Tak powstała YID Jachtowa Dioda Idealna – no może prawie idealna – wytrzyma 5 Amperów, a spadek napięcia ma 0,02 Volta. Ale płytka jest sprytnie zaprojektowana, że  można je bardzo łatwo łączyć równolegle mnożąc maksymalny prąd.

Do czego to zastosuję:

  • awaryjne zasilanie elektroniki bezpieczeństwa
    W obwód elektroniki bezpieczeństwa (radio VHF, GPS, nawigacja) zostanie wpięty dodatkowy akumulator żelowy – 10-20Ah – zasilanie tego układu zostanie przepuszczone przez taką właśnie diodę. Co to da? W sytuacji normalnej pracy układ będzie pobierał prąd z banku akumulatorów, pomijalny spadek napięcia na diodzie będzie sprawiał, że akumulator żelowy cały czas będzie naładowywany. Gdy bank akumulatorów z jakiegoś powodu się wyładuje, dioda nie pozwoli na wyładowanie akumulatora żelowego dając jeszcze wiele godzin pracy awaryjnej radia i nawigacji.
  • pompa do toalet.
    Jak wiecie na Fayce mam dwie toalety elektryczne. Te toalety do spłukiwania potrzebują wody pod ciśnieniem i do tego celu została zainstalowana dedykowana wydajna pompa Shurflo. Ale toalety są dwie, a pompa jedna. Nie chcę ryzykować „chamskiego” połączenia równoległego obwodów wyjściowych z toalet na pompie. Prawdopodobnie w sterownikach toalet są przekaźniki, więc nic by się nie stało. Jednak strzeżonego Pan Bóg strzeże… gdyby nie było przekaźników, tylko elektronika, to mogłoby się to skończyć dla niej fatalnie. Owszem, gdyby tam były zastosowane tzw. układy otwartego kolektora lub otwartego drenu, to nic by się nie stało. Nie byłem niestety w stanie zdobyć schematu, ani wiążącej odpowiedzi od producenta… Więc wystarczy, że podłączę toalety i pompę przez YID. Spadek napięcia zaniedbywalny, a diody zabezpieczą układy sterownicze w toaletach przed wstecznym napięciem. Zapytałem o takie rozwiązanie producenta i dostałem odpowiedź, że jest to bardzo dobre eleganckie rozwiązanie.
  • pompa(y) zęzowa
    Mam trzy banki akumulatorów na Fayce. Do którego z nich podłączyć pompę zęzową by była najpewniejsza? Oczywiście do wszystkich. Jednak już wiecie z przykładu rozdzielacza ładowania, że nie można tego zrobić tak po prostu. Przy zwykłym podłączeniu kabelkiem będą „wyżerały” sobie prąd. Więc co trzeba użyć? Dobrze kombinujecie – diody. A najlepiej YID Jachtowe Diody Idealne. Trzy malutkie płyteczki i pompa zęzowa zawsze będzie miała zasilanie. Konkretnie zasilanie z najbardziej naładowanego akumulatora. W skrajnej sytuacji wolę ryzykować, że mi silnik w marinie nie odpali niż to, że z braku prądu pompa zęzowa nie zadziała. Oczywiście nie ma obowiązku włączać do zabawy akumulatora rozruchowego.

I taki oto sposobem rozwiązałem trzy ciekawe problemy i stworzyłem kolejny produkt komercyjny YID – Jachtową Diodę Idealną. Oczywiście ona może być zastosowana nie tylko na jachcie, i nie tylko w tych trzech układach. Inny pomysł który przyszedł mi do głowy to np. sterowanie jednego elektrozaworu paliwowego – dla kuchni i ogrzewania. Zresztą możecie resztę wymyślać sami 😉

Diody niedługo będzie można zamawiać u mnie na MOYE.eu.

Opublikowano Gotowe | 14 komentarzy

Rok kolejny minął …

… całkiem jak dzień… pamiętacie może: https://www.youtube.com/watch?v=p2TtWseJlPs

Czas coraz szybciej zasuwa, wszyscy to wiemy. Ale dlaczego ? Nie wiecie? Naprawdę?

Na to jest prosty dowód naukowy. Prosta matematyka na poziomie trzeciej klasy. Zobaczcie sami. Dla jednorocznego dziecka kolejny rok to 100% jego życia – może się ciągnąć i ciągnąć, dla dziesięciolatka jeden rok to 10% jego życia nadal sporo… dla trzydziestolatka, to już tylko 3,33%. Dla mnie to zaledwie 2%. Dla stulatka to mgnienie oka – jeden procent życia – jak trzy i pół dnia dnia dla rocznego bebisia.

I co ? Jasne?

Ale chyba wcale nie weselsze…

W piosence śpiewają „…dzień co nic nie przyniósł…”, z mijającym rokiem jest dla mnie zupełnie inaczej. Przyniósł wiele. Przede wszystkim przyniósł na świat nowego człowieka, bardzo dla mnie ważnego – zresztą nie tylko dla mnie, ważnego dla całej naszej rodziny. A człowiek ten jak wiecie już żegluje… Będziemy mu tę skorupkę nasączać…

Ale to blog Faykowy, a nie rodzinny, więc nie będę wchodził w dygresje. Choć ponoć na drugie imię nie mam Wojciech tylko Dygresja 😉 Ooopppsss znowu dygresja. A nie mówiłem.

Fayka sporo żeglowała – jak pisałem przepłynęła już trzy i pół tysiąca mil. Sporo elementów przetestowałem, większość pomysłów się sprawdziła, co się nie sprawdziło będzie poprawione. Dużo zostało zrobione. Listy zadań zrealizowanych łącznie miały ponad dwieście punktów. Sporo jeszcze zostało, ale bardzo chciałbym w nadchodzącym roku doprowadzić jacht do stanu mniej więcej skończonego. W tej chwili pracuje na Fayce Pan Szkutnik kończąc kambuz i ramki na oknach. Na wiosnę będę robił docelową instalację elektryczną. Dlatego sądzę, że w przyszłym roku jacht wypłynie dopiero pod koniec lipca. W planach jest nadal Bałtyk, ale tym razem zachodni. Jak wszystko dobrze pójdzie, to kółeczko Górki – Kalskrona – Skillinge – Bornholm (dookoła) – Ystad – Malmö – Kopenhaga – Archipelag Duński – Rugia (różne) – Zalew Szczeciński – Dziwnów – Kołobrzeg – Ustka – Łeba – Górki. Pewnie zejdzie cały sierpień i wrzesień na tę traskę.

Będę oczywiście informował na bieżąco 😉

A na blogu do uzupełnienia mam jeszcze cztery rejsy SAFE, Lansik z MWK, Bornholm oraz Próchno i Rdzę. Muszę też do końca uzupełnić poradniki.

Ponieważ mam zaprojektowaną całą kompletną elektrykę i elektronikę pokładową poświęcę temu oddzielny artykuł. Opublikuję też schematy, licząc na wasze konstruktywne komentarze.

Zaprojektowałem też sporo urządzeń jachtowych elektronicznych – spora ich część zaczyna przybierać formę produktów komercyjnych. Wszystkie będą dostępne na stronie mojej firmy MOYE.eu (Management Of Yacht Energy).

Na smaczek podam Wam jeden przykład:

Sprytna Skrzynka Bezpiecznikowa (Smart FuseBox).

Jeżeli bezpieczniki na jachcie nie są zintegrowane z tablicą rozdzielczą, to znajdują się gdzieś w czeluściach – w jakiejś specjalnej skrzynce lub skrzynkach – podobnie jak w samochodzie. Problemem jest oczywiście to, że bezpieczników jest sporo i trzeba jakoś znaleźć ten który wysiadł. A zwykle słabo tam coś widać – szczególnie w nocy, gdy właśnie wysiadł bezpiecznik od światła. Zaprojektowałem własną inteligentną skrzynkę bezpiecznikową. Na standardowe bezpieczniki samochodowe. Ale! Nad każdym gniazdkiem bezpiecznika znajduje się dioda LED z prostym układem elektronicznym sprawdzającym, czy bezpiecznik jest OK. Jeśli jest spalony, to dioda się świeci. Widać to jak na dłoni. Można by wprawdzie wykorzystać bezpieczniki z diodą LED, znane z samochodów rajdowych – niestety one nie pokazują stanu bezpiecznika w sytuacji, gdy odbiornik jest odłączony/wyłączony. Moje pokazują. Do tego moja skrzynka bezpieczników jest hermetyczna/wodoszczelna, zapewnia sporą gęstość bezpieczników – 24 szt w jednej skrzynce o rozmiarach 19×12 cm. Wszystkie kable wchodzą przez dławice, obsługiwane są pary kabli – więc układ jest quasi dwupolowy. Pozwala uniknąć zapętleń masy. Do tego listwy połączeniowe są wysokiej jakości listwami z klatkami – to takie które nie niszczą kabli podczas dokręcania. W wersji MegaDeLux mogę zaproponować zamiast listew, zaciski sprężynowe. Choć moim zdaniem to już fanaberia. Miałem na ten temat rozmowę z Andrzejem i nadzieję, że się nie obrazi za to. W skrzynce jest też miejsce na cztery bezpieczniki zapasowe – by zawsze były pod ręką. Wszystko piękne, eleganckie, z rasowych części, w przystępnej cenie. Do tego:  Proudly Design&Made in Poland.

Nic tylko brać i kupować 😉

Kończę, bo poprzedni opis był ponoć strasznie długi…

A w nadchodzącym roku życzę Wam wszystkim dużo Zdrowia, Szczęścia, Wszelkiej Pomyślności w życiu osobistym i w pracy zawodowej. Żeglarzom życzę ciekawych rejsów tych bliskich i tych za horyzont, „nie żeglarzom” by udało się w nadchodzącym roku spróbować pożeglowania.

wasz

Sławek

Opublikowano Gotowe | 6 komentarzy

Zajawka…

Dzisiaj opublikowałem w końcu opis wakacyjnego rejsu z Darią Karolem i Jurkiem po zatoce.

Zapraszam tutaj: DKJ2014

Jutro będzie troszkę informacji z budowy…

 

Opublikowano Gotowe | 3 komentarze

Osiągi…

Już jakiś czas temu obiecywałem napisać coś o osiągach Fayki. Bartek w dzisiejszym komentarzu słusznie mi to przypomniał.

Osiągi, hmm, Fayka to oceaniczny cruiser, w zasadzie nie myślałem o niej w kategoriach osiągów, ale cóż podam trochę liczb:

Łódka przepłynęła do tej pory około 3 500 mil, w łącznym czasie około ponad 750 godzin. Zatem średnia prędkość podróżna wynosi 4 węzły.

Najszybciej jak zarejestrowałem Fayka płynęła 9,6 węzła – jest to powyżej prędkości konstrukcyjnej kadłuba, która dla tego jachtu wynosi  8,4 węzła (wzór → pierwiastek kwadratowy z długości linii wodnej razy współczynnik). Współczynnik dla starych konstrukcji długokilowych = 1,3 dla nowoczesnych jachtów z finkilem = 1,5. Konstrukcje Fay mają ten współczynnik pośrodku, równy 1,4. Długość linii wodnej Fayki to 36 stóp, pierwiastek kwadratowy to 6 * 1,4 = 8,4 węzła.

Te 9,6 węzła było przy wiaterku bardzo wyraźnie ponad 45 węzłów, czyli już 10-tka w skali Beauforta. Płynęliśmy baksztagiem na zrefowanej genui i na trzecim refie grota.

Fayka „lubi” wiatry od 10 do 30 węzłów. Ja też takie lubię 🙂 Wówczas pod żaglami (przy lżejszych z CodeZero oczywiście) płynie 5-7 węzłów. Na żaglach podstawowych, płynie do 40º na wiatr, na CodeZero trochę pełniej – około 50º. Fordewindu nie lubi, ale który jacht lubi? Na baksztagu przy lekkich wiatrach najlepiej płynąć na samym CodeZero lub spinakerze. Na silniejszych grot, zablokowany Boomlock’iem plus genua.

Łatwo ją wytrymować, tak by płynęła sama, bez dotykania steru. Dobrze to rokuje dla samosteru wiatrowego. Ster jest zrównoważony, steruje się bardzo lekko.

Na silniku po płaskiej wodzie „wyciąga” 6, maksymalnie 7 węzłów. Pod silny wiatr prawie nic nie „wyciąga”.  Przy 35 węzłów pod wiatr na silniku – prędkość SOG była 1,2 węzła. Miałem to na Alandach wychodząc z bardzo wąskiego skalistego przesmyku centralnie pod wiatr. Milkę heblowałem prawie godzinę.

Jako długokilowiec Fayka dość słabo się obraca przy manewrach portowych – tragedii nie ma, ale finkilowce dużo lepiej się „kręcą”. Dobrze, że jest ster strumieniowy i do tego całkiem silny – 90Nm. Trzeba się nauczyć, ja jeszcze cały czas się uczę.

Na dużej fali na kursach pełnych płynie znakomicie, równiutko, nie ma tendencji do obracania się czy kolebania na czubku fali. Na kursach ostrych oczywiście buja, ale jej waga plus konstrukcja dziobu – ostry kąt – sprawi, że nie wali w falę ja wiele szybszych jachtów o płaskim dnie. Przechył nie jest bardzo duży, choć trzeba pilnować wczesnego refowania, by niepotrzebnie nie męczyć załogi. Szczególnie, że brakuje jeszcze uchwytów wewnątrz jachtu.

Przy bardzo słabych wiatrach – poniżej 5 węzłów przy swojej masie Fayka praktycznie nie płynie. O ile na baksztagu będzie się zrywać do2 węzłów to na bajdewindzie będzie wyciągać mniej niż jeden. Jeśli do tego będzie fala to amen. Lepiej odpalić motorek 😉

Z konstrukcji kadłuba jestem bardzo zadowolony. Te pół centymetra blachy stalowej daje mi duże poczucie bezpieczeństwa 🙂

Opublikowano Gotowe | 12 komentarzy

Jak będzie gotowe to się dowiesz…

Jeszcze w czasie podróży z Petersburga próbowałem ustalić jakiś scenariusz naprawy kuchni. Bez możliwości gotowania na jachcie żyje się nieco mniej komfortowo niż przywykłem, nawet mając plazmę. Tym bardziej, że w perspektywie był zaraz rejsik DKJ z Darią Karolem i Jerzykiem – naszym malutkim wnuczkiem. Bez kuchni – ani rusz.

Oficjalnym dystrybutorem Wallas na Polskę jest firma MarcoMarine ze Szczecina.

Ja jednak w ramach kompleksowej obsługi dostaw zakupiłem ją w innej firmie. A ta firma nie korzysta z oficjalnej sieci dystrybucji, tylko zaopatruje się u Lindemann’a.  Podobno z typowymi produktami nie ma najmniejszego problemu, bo Lindemann jest na tyle duży, że może dać na wymianę nowe elementy i cały proces trwa parę dni.

Ale…

Kuchenka Wallas z piekarnikiem i wyposażeniem, to jednak nie jest typowy produkt. Do tego kosztuje około szesnastu tysięcy złotych. Oczywiście nie było kuchni na wymianę pod ręką. W takim wypadku sprzęt musi pojechać do serwisu Lindemann do Niemiec. Robi go dla nich jakiś podwykonawca.

Umówiliśmy się z moim dostawcą, podjechał do mariny dostawczakiem, ja wymontowałem kuchnię, zapakowaliśmy ją i została wysłana spedycją do Bremen. Kuchenka wyjechała 25 czerwca, a w piątek 26-tego była już w serwisie. Do tego przygotowałem dokładny opis instalacji i problemu, by serwis mógł łatwiej dowiedzieć się co i jak. A wyglądał on następująco (w tłumaczeniu):

  1. Urządzenie jest podłączone do zbiornika rozchodowego.
  2. Instalacja jest wykonana rurkami miedzianymi o średnicy zewnętrznej 10mm.
  3. Zbiornik rozchodowy znajduje się w odległości 3m od kuchni, 0.5m powyżej.
  4. Zbiornik rozchodowy posiada prawidłowe odpowietrzenie.
  5. Na lini paliwowej jest zainstalowana pompka napełniająca (typu gruszka jak w silnikach zaburtowych)
  6. Cale urządzenie (kuchnia i piekarnik) pracowało doskonale przez trzy tygodnie
  7. Teraz piekarnik pracuje.
  8. Kuchenka nie pracuje.
  9. Gdy zostanie ręcznie napompowana, kuchenka startuje, ale po paru minutach przestaje i obie diody zaczynają błyskać.
  10. W tym momencie kuchenka bardzo dymi z rury wydechowej.
  11. Nie słychać charakterystycznego cykania gdy kuchenka jest włączona (jak było wcześniej).
  12. Wygląda to na problem zasilania w paliwo – zepsuta pompa lub coś podobnego.
  13. Pojawiły się małe wycieki paliwa (pojedyncze krople) pod kuchenką na górnej płycie piekarnika.

Po paru dniach zacząłem męczyć o jakąkolwiek informację. Czwartego lipca dostałem odpowiedź na mój opis. Wynikało z niego, że instalacja jest wykonana nieprawidłowo. Rurki zasilające mogą mieć średnicę wewnętrzną nie większą niż 1.9-2 mm. Pobór paliwa w urządzeniach tego rodzaju – kuchnie, piekarniki, ogrzewania, nagrzewnice (jak choćby  Webasto) prawie zawsze opiera się na zjawisku kapilarnym i rurki muszą być cieniutkie. Grube rurki przy zbiorniku położonym powyżej powodują nieustanne zalewanie kuchni paliwem. W takiej instalacji konieczne jest też zamontowanie elektrozaworu przy zbiorniku. Odcina on dopływ paliwa w momencie wyłączenia kuchni. Elektrozawór zabezpiecza system przed wylaniem paliwa wskutek zjawiska lewarowania hydraulicznego przy uszkodzeniu wężyka lub zaworu w kuchni. Sytuację dodatkowo pogarszał fakt zamocowania pompki. Kuchenka została wręcz zamęczona nadmiarem paliwa. Ponieważ kuchnia jest dość odporna, wytrzymała trzy tygodnie, a potem padła. Piekarnik ponieważ był używany mniej intensywnie jeszcze nie padł.

Zatem Wysoki Sądzie… winny jest – Sławek!

Napisałem, że trudno proszę w takim razie o naprawę na mój koszt.

Po tygodniu czekania napisałem kolejnego maila z pytaniem, kiedy będzie znana diagnoza uszkodzeń w kuchence, potem kolejnego i kolejnego. Biedny sprzedawca przesyłał te maile pomiędzy mną a serwisem. Zero odpowiedzi. Gdy zapytałem zdecydowanie o termin postawienia diagnozy, nawet nie śmiałem pytać o termin naprawy, dostałem odpowiedź jak w tytule: „Jak będzie gotowe to się dowiesz.” Punto, finito. Było to 16-tego lipca. Równo trzy tygodnie od wysłania kuchenki do serwisu. A nawet do niej nie zajrzeli.

Trafił mnie jasny szlag.

Było to już w trakcie rejsu po zatoce z DKJ. Ratowaliśmy się kupioną w EURO RTV elektryczną kuchenką. Została na Fayce jako backup.

Zażądałem, by natychmiast odesłano do mnie kuchenkę. Odesłali i skasowali mojego dostawcę 160 EUR za transport i pracę pana serwisanta (sic.) Może to tak buduje się siłę niemieckiej gospodarki? Żeby było jasne nie mam pretensji do sprzedawcy (jako osoby), bo obsługa z jego strony jest wzorowa. Ale gdzieś szwankuje współpraca posprzedażna i serwisowa. I opisuję to, nie po to by odstręczać kogokolwiek od zakupów w tej firmie tylko dla informacji jakie problemy mogą się pojawić. A może właściciele lub zarząd to przeczytają i wyciągną wnioski?

W międzyczasie nawiązałem kontakt z MarcoMarine i próbowałem ustalić, co mogło się stać. Kompetentny i sympatyczny pan powiedział, że prawie na sto procent kuchenka jest zalana i zafajdana sadzą. Powiedział, że naprawa jest prosta i nawet producent zachęca użytkowników, by sami umieli zrobić podstawowy serwis. To się rzadko zdarza u producentów. Myśląc o dalekich podróżach doszedłem do wniosku, że muszę umieć zrobić taki serwis. Pan to potwierdził. Wyjaśnił mi, że kuchenka ma trzy, cztery części, które się zużywają. Ale to dopiero po dwóch, trzech tysiącach godzin pracy – czyli po dwóch, trzech latach. Zaczął mnie namawiać bym sam to rozebrał. Ponieważ kuchenka i tak była wymontowana, spytałem, czy nie mógłbym podjechać z nią do ich serwisu i tam asystować przy naprawie. Zapłaciłbym za naprawę, części i szkolenie. Pan się zgodził. Ustaliliśmy termin na 24 lipca.

Raniutko 24-tego zapakowałem kuchenkę do Wiesi auta (moje było używane przez DKJ) i wyruszyłem „aleją radarów” z Gdańska do Szczecina. Na drodze tam i z powrotem złapałem tylko jedną fotkę i to zaledwie na dwie stówy.

O jedenastej byłem przed biurem MarcoMarine.

Kuchenka wylądowała na stole. Pan zaczął ją rozkręcać, a ja obserwować. Uwielbiam takie sytuacje, gdy coś rozkręcamy i nie wiemy, że wystarczy włożyć od spodu w małą dziureczkę spinacz biurowy i obudowa się otworzy. My zaś przez godzinę wykręcamy wszystkie śrubki i odłamujemy plastikowe zaczepy, bo zabraliśmy się od „d..y strony”. To samo było z kuchnią. Wystarczyło położyć ją do góry nogami i był wygodny dostęp do wszystkiego 😉

Kuchnia Wallasa (piekarnik i ogrzewanie też) używają jednakowego we urządzeniach systemu spalania paliwa. Palnik jest prosty jak budowa cepa. Na dnie okrągłej puszki stalowej (nierdzewnej) o średnicy kubeczka (ok 8cm) i wysokości 4cm, znajduje się dopasowany krążek z maty szklanej. Ten krążek jest przyczepiony sprytną sprężynka z drutu, by nie fruwał. Z boku puszki znajdują się cztery elementy – wtryskiwacz (w formie chamskiej cieniutkiej stalowej rureczki), świeca żarowa, iskrownik oraz czujnik temperatury. Z wtryskiwacza pojedynczymi kroplami paliwo jest „psikane” na matę szklaną. Z tej maty odparowuje i spala się wewnątrz puszki. Wentylatorek odprowadza ciepło i spaliny po płycie i do rur wydechowych.

To wszytko w temacie konstrukcji.

Reszta to obsługa i bajery – świeca żarowa ogrzewa puszeczkę, by odpalić kuchnię, iskrownik zapala paliwo przy uruchamianiu, czujnik temperatury informuje co się dzieje w palniku. Do tego elektronika odpowiadająca za diagnostykę, regulację temperatury, dozowanie paliwa, chłodzenie, pompę, zawór, uruchamianie, komunikację z użytkownikiem itd.

Serwis obejmuje kontrolę stanu maty szklanej w palniku, jej wymianę, ewentualnie wymianę świecy żarowej. Reszta w zasadzie się nie psuje. Albo Pan o tym nie wie. Więc na jachcie trzeba mieć zapasową matę, świecę, może do tego czujnik temperatury, pompę paliwową i jest się zabezpieczonym na 99,99% przypadków serwisu/awarii.

Po rozkręceniu okazało się ze cały palnik, mata, okolice są zalane paliwem i zafaflunione sadzą. Pan wszystko wyczyścił, osuszył. Po obejrzeniu maty stwierdził, że jest OK, w sumie trochę brudna od sadzy, ale to się wypali w czasie normalnej eksploatacji. Szkoda wymieniać w tym momencie. Następnie złożył kuchnie, uruchomił. I co – zadziała od razu. Chwilkę pochodziła, wypaliło się w niej co miało wypalić – no i pracuje jak należy. Ufffff.

Całość , ze szkoleniem, wyjaśnianiem czeladnikowi Sławkowi co i jak, trwało niecałą godzinę. Gdy zapytałem ile jestem winny – usłyszałem – pięćdziesiąt złotych. Gdyby nie droga do Szczecina – 300 PLN na paliwo plus 200 PLN na mandat to operacja nie była by zbyt kosztowna. Zakupiłem dodatkowo matę na zapas oraz dwa zestawy poboru paliwa, by zamontować właściwe rurki.

Firma MarcoMarine trafiła na moją listę ulubionych. Polecam serdecznie.

Po powrocie zamontowałem kuchnię, zrobiłem właściwą instalację paliwową. Od tej pory kuchnia działa bez zarzutu. A jesteśmy po dwóch rejsach (razem prawie cztery tygodnie) oraz eksploatacji w marinie. Piekarnik trochę dymił, bo on nie był oczyszczany, więc musiał się sam wypalić, ale teraz jest OK.

Po chwilach zwątpienia znowu jestem zadowolony z wyboru tej kuchni. Oczywiście jest trochę mała, ma tylko dwa palniki, uruchamia się dość wolno, jest wrażliwa na bardzo wyładowane akumulatory. Gdy napięcie na nich spadnie poniżej 11 V kuchnia nie odpali się. Ale to i tak jest ostatni dzwonek by uruchomić ładowanie akumulatorów, gdy nie chcemy ich zniszczyć.

Zalety tej kuchni przeważają: nie ma gazu (który jest niebezpieczny, a różnych krajach są różne rodzaje butli, zresztą gaz nie wszędzie jest dostępny), paliwem jest diesel (na jachcie zawsze dostępny), brak jest otwartego ognia, uruchamianie jest proste – kliknąć przycisk, ładnie wygląda (dla mnie), łatwo się czyści, nie zawilgaca wnętrza jachtu(wręcz je osusza wskutek wymuszonego obiegu powietrza), łatwo się reguluje temperaturę – pokrętło, jest zintegrowana z piekarnikiem, dobrze działa na przechyłach, zużywa bardzo mało paliwa, nie śmierdzi, nie kopci, wylatujące na burcie spaliny są chłodne – nie spalą odbijacza (jak na Elowyn wylot z Webasto).

Oczywiście dla wielu cena będzie zaporowa. Dlatego pewnie Pan z MarcoMarine powiedział, że ludzie kupują głównie same kuchenki, a takie wypasione wersje z piekarnikiem sprzedają maksymalnie 2-3 sztuki rocznie.

Jak na razie kuchnia działa, jest pod moją stałą obserwacją, będę meldował na bieżąco co i jak.

Fotek brak.

Opublikowano Gotowe | 13 komentarzy

Oni mają plazmę…

Oni mają plazmę, o jejku plazmę mają na jachcie, ja nie kłamię! Naprawdę! Plazmę mają na jachcie…

Oglądaliśmy sobie, stojąc w marinie w Pucku, Hobbita Pustkowie Smauga w 3D, gdy na kei w pewnym momencie jakiś chłopiec podnieconym głosem zawołał ten właśnie tekst do kogoś ze swojej rodziny 🙂

To jest troszkę zabawne, gdy ludzie komentują coś o tobie, traktując Cię jak powietrze.

Przypomniało mi się opowiadanie jednego z aktorów odnośnie podróżowania pociągiem. Nie pamiętam, kto to był, ale zdaje mi się, że Borys Szyc. Siedzi sobie w przedziale, korytarzem przechodzi jakaś niunia, wlepia w niego gały i zaczyna się wydzierać. „Andżelikaaaa! Choć tu kurde szybko, tu Szyc siedzi, naprawdeeee…”, a że Szyc jest w realu, a nie w TV to nie ma znaczenia. To samo mam ostatnio z Fayką. Ale nie powiem, byłem ostrzegany. Paul Fay wspominał, że posiadanie nieco innego jachtu niż reszta będzie skutkować przyciąganiem uwagi ludzi. A ta uwaga może przybierać różne formy. Od pochwał, dopytywania się o rozmaite rzeczy, przez komentarze w rodzaju „Zobacz Maryśka, a to metalowe z przodu to do łamania lodu w Arktyce – bo to jacht lodowy” – mowa oczywiście o składanym bukszprycie :-), do gości, którzy włażą na teren zamkniętej kei, opierają się wdzięcznie o jacht i wrzeszczą: „Nooooo dawaj, dawaj, tylko tak zrób, żeby było widać mnie całego”. To, że armator siedzi w kokpicie i można, by go zapytać o pozwolenie… eeee tam przecież to tylko fotka.

Od ostatniego wpisu minęło sporo czasu i sporo się wydarzyło:

Popłynęliśmy do St. Petersburga i szczęśliwie wróciliśmy. Relacja tu: SPB2014
Spędziliśmy milutki tydzień na zatoce z Darią, Karolem i Jureczkiem. Relacja tu: DKJ2014
Polansowaliśmy się troszkę z Martą i Witkiem po zatoce. Relacja tu: LansikMW2014
Przeżyliśmy wymagający rejs na północ z młodzieżą: Relacja tu: SAFE2014
Odwiedziliśmy bajkowy Bornholm : Relacja tu: Bornholm2014
Zapisałem też Faykę na zlot „jachtów z duszą”: Próchno i Rdza (w kategorii rdza 🙂
Przed tymi rejsami wykonałem sporo prac na jachcie, pokrótce przedstawiało się to następująco:

  • AIS – odbiornik.
    Nadajnik już od jakiegoś czasu działa – wiecie o tym doskonale, bo można Faykę śledzić na marinetraffic, czy vesselfinder. Ale nie chciało mi za cholerę działać odbieranie sygnałów z AIS i wyświetlanie ich na komputerze, czy moim MFD Furuno przy kole sterowym. A w sumie po to AIS został kupiony 😉 Wspomniany model Garmin AIS600 ma dwa rodzaje wyjść – nowy standard NMEA2000 oraz starszy NMEA0183. Ponieważ na Fayce mam zbudowany tzw szkielet NMEA2000 – chciałem wykorzystać ten nowszy standard. Walczyłem, walczyłem, walczyłem i poległem. Po krótkim grzebaniu w Internecie okazało się, że Furuno najzwyczajniej w świecie nie czyta AIS po NEAM2000 i tyle. sic. Podłączyłem więc po NMEA0183 do MFD i do komputera – wszystko śmiga jak należy. Dodatkowo i MFD i PC odczytują sygnały pozycji prędkości i kursu z GPS AIS’a. Mam zatem dodatkowy backup. Po zamontowaniu planowanego zapasowego GPS będę miał trzy niezależne sygnały dostępne dla urządzeń nawigacyjnych.
  • Dno w małym schowku w mesie.
    Na końcach kanapy w mesie znajdują się dwa schowki. Jeden duży przeznaczony docelowo na „suche dodatki skrobiowe”, drugi mały na kamizelki ratunkowe i sprzęt bezpieczeństwa mieszkańców mesy. W tym małym schowku brakowało dna – które dorobiłem i wstawiłem.
  • Kabel do wiatromierza – przedłużenie
    wspomniany kabel biegnący z góry masztu, przez pół jachtu do kolumny sterowej był nieco za krótki. Dawało się go podłączyć, ale strasznie go ciągnęło. Było kwestią czasu kiedy się urwie. Przeciąłem go i dałem wstawkę. To na teraz. Gdy zamontuję wodoszczelną skrzynkę połączeniową, przedłużę go zgodnie z zasadami sztuki.
  • Obudowa do kuchni – zamontowanie
    Na Fayce kuchnia znajduje się we wnęce zbudowanej ciągu szafek. Wnęka jest ze sklejki i miałem trochę dyskomfortu ujemnego, wiedząc, że wychodzące z tylu rury spalinowe potrafią być bardzo gorące. Zamówiłem z blachy kwasoodpornej #1mm „pudełko” do wklejenia we wnękę. Pół dnia docinania, dopasowywania i mogę spać spokojnie. Do tego przy okazji owinąłem rury spalinowe zakupionym wcześniej specjalnymi taśmami izolacyjnymi z tkaniny szklanej. Już więcej nie stracę pokrywki na miseczkę do sałaty przysmażonej do gorącej rury. Zresztą z samą kuchnią było dużo więcej zabawy. Opiszę to w oddzielnym artykule.
  • Stół w mesie  – docelowa noga.
    Odebrałem z Zakładu Żarna nogę do stołu mojego projektu, który był genialnym pomysłem mojej żoneczki Wiesi. Noga działa znakomicie, sprawdza się zarówno w pozycji stołu, jak i w pozycji poziomej, gdy służy  jako podstawa koi w mesie.
  • Ster – usztywnienie piórka.
    Na końcu steru znajduje się tzw. Trim Tab – ruchome piórko, które po połączeniu ze skrzydłem samosteru wiatrowego będzie zapewniało sterowanie jachtem na dalekich oceanicznych przelotach. Podczas rejsu dziewiczego zgubiliśmy gdzieś blokadę tego piórka. O ile pływanie w przód nie zmieniło się, o tyle w tył praktycznie nie dawało się sterować. Piórko składało się i jacht skręcał w przypadkową stronę. Zamontowałem sztywną blokadę do czasu zbudowania samosteru.
  • Telewizor – umocowanie.
    Odebrany z Zakładu Żarna płaski uchwyt do telewizora zadziałał zgodnie z projektem. Telewizor wisi stabilnie, bezpiecznie no i bardzo elegancko się prezentuje.
  • Zasilanie kibelka – przeróbka.
    Bardzo nie lubię „dawać ciała”. Sytuacja, gdy moje wypieszczone pomysły okazują się do bani, strasznie mnie złości. Tak było z moim pomysłem spłukiwania kibelków wodą zbieraną z prysznica. Dopóki, było chłodno pomysł w miarę działał, choć filtr wody w kibelku ciągle zatykał się włosami. Dokupiłem nawet specjalny filtr do wody. Ale tragedia zaczęła się, gdy zrobiło się ciepło. Woda z prysznica plus mydło, plus szampon, plus włosy, plus brud z ciała, plus zmyty tłuszcz i naskórek, plus temperatura dały mieszankę wybuchową. Po trzech dniach z kibelka waliło jak z szamba i nic nie pomagało. A przecież Bałtyk to nie Śródziemne czy Karaiby 😉 Niestety mój śliczny pomysł musiał pójść się…. zaprzepaścić. Poszły w ruch narzędzia i zbudowałem zasilanie spłukiwania kibelków jako przełączane woda zaburtowa/woda słodka ze zbiorników. Gdy pływam po „Green Water” i mogę w każdej marinie nalać wody do zbiorników, korzystam ze słodkiej – mniej śmierdzi i korzystniejsze dla instalacji. Gdy wypłynę na „Blue Water” będę używał wody morskiej. Ścieki szare – kuchnia, umywalki i prysznice pójdą bezpośrednio za burtę. Czeka mnie w związku z tym przerabianie zbiorników na ścieki i wywiercenie dwóch dziur w kadłubie … ale to już zimą.
  • Wskaźniki paliwa i ścieków.
    Ponieważ czujniki ultradźwiękowe BEP Marine dają się zaprogramować na różne standardy,  zaprogramowałem je na wyjście napięciowe 0-5V. Na allegro po 8 PLN za sztukę kupiłem proste cyfrowe woltomierze i tak uzyskałem szybkie pomiary poziomu paliwa w zbiorniku w prawym kilu, w zbiorniku rozchodowym oraz w zbiorniku czarnych ścieków. Ponieważ zbiornik czarnych ścieków potrafi się przelać, Hania ładnie napisała na taśmie klejącej wierszyk i przykleiliśmy go przy wskaźniku:
    „4.50 wskazuje, że kupa wyskakuje”
    od tej pory zbiornik ścieków nie został nigdy więcej przepełniony :-). Zresztą wierszyk jest zainspirowany tekstem z fińskiego jachtu, który kiedyś wypożyczałem na Alandach. Przy przełączniku ścieków było markerem napisane: „handle shows where the shit flows” – co przetłumaczyłem na „rączka wskazuje, gdzie gówno wędruje”. Choć formalnie zamiast słowa „gdzie” powinno być „dokąd”. To ostatnio częsty błąd: mylenie okolicznika miejsca z okolicznikiem celu. Jednak wówczas wiersz nie miałby rytmu. Na szczęście Ars Poetica rządzi się swoimi prawami. Nieprawdaż?
  • Reflinki do grota – zaszplajsowanie
    Drobna praca bosmańska, będąca wisienką na torcie głównego żagla. Wszystkie linki do podwiązywania go podczas refowania zostały wymienione na jednakowe wykonane z szarej, mięciutkiej, łatwej do wiązania liny. Z jednego końca każdej linki wykonałem zaplecione oczko, z drugiego ładne zakończenie tzw. stópkę.
  • Gniazdko 230V nad kuchenką – zamontowanie
    Dokupiłem zwykłą prostą przenośną kuchenkę elektryczną, można jej używać w czasie postoju w marinach, jako dodatkowy palnik. By ją ładnie podłączać, nad kuchnią zamontowałem gniazdo 230V.
  • Instalacja wody zęzowej – przebudowa na gotowo.
    W końcu przyszły do mnie węże, zawory zwrotne, kolanka, pobory wody i poświęciłem jeden dzień na zrobienie porządnie całej instalacji  do wypompowywania wody z zęzy. Umocowałem pompę elektryczną w studzience, dodałem pobór ręczny, przeprowadziłem węże przez pompę ręczną w kokpicie – wszystko działa jak należy. Temat zamknięty.
  • Stolik w kokpicie – zamontowanie
    Od trzech lat miałem już zakupiony składany stolik do kokpitu – mocowany do kolumny sterowej. Stolik jest ładny z drewna teakowego, ze składanych uchwytem, mocowaniami itd. Pan Wiesław – szkutnik oszlifował ten stolik, zaolejował, zamontował uchwyt i wspólnie przymocowaliśmy go do kolumny sterowej. Działa elegancko.
  • Deska klozetowa – naprawienie
    Kiedyś próbowałem wytłumaczyć laikowi skalę problemów związanych z zabudową wnętrza jachtu. Najbardziej obrazowe wydało mi się stwierdzenie – wyobraź sobie, że wielki olbrzym chwyta twoje mieszkanie lub dom i potrząsa nim, kołysze, kręci. Spójrz dookoła i pomyśl co się będzie w nim działo… To odbywa się na jachcie morskim cały czas, a mimo to daje się w nim w miarę komfortowo żyć 😉 Jednym z ciekawych problemów jest mocowanie deski klozetowej. Na takiej desce siedzi sobie dorodny facet jak ja (o wadze blisko kwintala), a jacht skacze i buja się na fali. Siły jakim poddawane są wtedy zawiasy deski klozetowej są naprawdę potężne. W kibelkach SaninMarin 35, które mam na Fayce mocowanie deski jest bardzo sprytne i powinno wytrzymać dużo, ale coś chyba źle dokręciłem, bo na rejsie do Petersburga całkiem się rozkolebało. Rozkręciłem wszystko i zmontowałem na nowo, przeżyło trzy kolejne rejsy i trzyma się. Jeśli znowu się rozkolebie – zamontuję patent wyczytany w jednej z książek. Pod spodem deki klozetowej przykręca się na mocny klej, dwa, trzy klocki z twardego drewna lub jakiegoś odpornego plastiku. Te klocki muszą mieć ze dwa cm wysokości i wchodzić na styk do wnętrza muszli przy opuszczonej desce. Wówczas pacjent jeżdżący tyłkiem na desce będzie wywierał nacisk tylko na wsporniki (jakoś klocki mi się zaczęły słabo kojarzyć), nie obciążając zawiasów deski. Zobaczymy.
  • Nowa sztorcklapa – zamontowanie
    Sztorckalpa na jachcie to dla mnie zawsze tragedia. Nigdy nie wiem, gdzie mogę ją schować, przewala się to po bakistach, pod zejściówką, grozi zgubieniem za burtą, generalnie jest bardzo niewygodna. No może patent u jednego z kolegów, gdzie sztorcklapa ma swoje miejsce na suwklapie i razem wieżdżają do schowka. Ale ten kolega ma sztywną szprycbudę z nierdzewki i suwklapa zawsze może być odsunięta. Bardzo spodobał mi się pomysł użyty na Elowyn u Volkera. Nie wiem czy to jest wymyślone przez Algro, czy gdzieś podpatrzone, jednak idea jest fajna. Przypomina to trzyczęściowe suwane drzwi do kabiny prysznicowej – tylko, że w pionie. U Volkera są to trzy kawałki pleksi wyciągane do góry. Pociągając za pierwszą kolejno ponosimy drugą i trzecią, bo zahaczają kolejno o siebie wklejonymi listwami. Dodane boczne zasuwki pozwalają zamknąć wejście w trzech położeniach. W pozycji otwartej wszystkie pleksi chowają się w kasecie na dole. Ja poszedłem dalej – mam cztery kawałki poliwęglanu – sprawia to, że kaseta jest nieco niższa – tylko 25 cm i zaledwie 6 cm głębokości. Całość została oczywiście wykonana z kwasówki w Zakładzie Żarna. Do tego zaprojektowałem mechanizm pozwalający zablokować mechanizm w dowolnym położeniu. Jest to zestaw wyciętych otworków w prowadnicach, po których ślizgają się ząbki mechanizmu zamka. Pociągamy za  uchwyt – ząbki robią trrrrt i po puszczeniu zasuwa zostaje w ustalonym położeniu. Aby ją opuścić wystarczy ścisnąć palcami uchwyt, to odchyla ząbki zamka i można opuścić żaluzję. Na razie wszystko jest surowe, ale niebawem zostanie obłożone drewnem i będzie wyglądało elegancko. Najważniejsze, że działa zgodnie z oczekiwaniami.
  • Poprawki do suwklapy
    Nowa sztorcklapa wymagała drobnych modyfikacji suwklapy, przeróbki zamknięcia. Choć przyznam szczerze te zamknięcia na jachtach to pic na wodę. Po pierwsze w dobie bateryjnych szlifierek kątowych wycięcie wejścia do jachtu choćby w drzwiach, czy w oknie luku pokładowego to kwestia minuty. Z drugiej strony w Tallinie taką właśnie szlifierką kątową odcinałem kłódkę do Fayki i  myślicie, że ktoś się w marinie zapytał dlaczego to robię i czy to mój jacht? Zamknięcie jest tylko na łobuza, który wskakuje na jacht, zgarnia komórkę, laptopa i w nogi….
  • Komputer nawigacyjny – podłączenie
    Wykonałem działający model panelu kontrolnego do komputera nawigacyjnego. Jest na nim 6 gniazd USB do podłączenia urządzeń, dwa silnoprądowe gniazda zasilające USB 1,5A, gniazdo RS 232 do komputera, sygnał GPS z sieci w formie USB oraz RS232, wyprowadzone napięcie 12V w postaci gniazda zapalniczki oraz zacisków pod tzw. bananki, przycisk włączania komputera, wyświetlacz z przyciskami, który będzie pełnił rolę pomocniczego wyświetlacza stanu zbiorników i akumulatorów. Nazwałem to MMM Multi Media Monitor. Cały panel jest zaprojektowany w sprytnym programie Front Panel Designer firmy http://www.schaeffer-ag.de. W tym programie korzystając z bardzo wygodnego rozbudowanego edytora graficznego tworzycie swój własny panel, potem klikacie zamów, płacicie kartą i za tydzień przyjeżdża do was piękny  profesjonalny panel. Bajeczka. Mój na razie jest wydrukowany na papierze, bo go dopasowuję, gdy będzie gotowy, oczywiście wrzucę fotki. Wszystko jest zmontowane i polutowane – podłączone do komputera nawigacyjnego – działa.
  • Szafka rufowa – podcięcie pod zamknięcie
    Wiesia wierciła mi dziurę w brzuchu, że szafka na rufie się nie domyka – poprawiłem 😉
  • Separator baterii – podłączenie
    Fayka ma zaplanowane docelowo trzy banki akumulatorów nazwałem je SBB, EBB, DBB odpowiednio Starter Battery Bank, Electronics Battery Bank oraz Domestic Battery Bank.  SBB to akumulator rozruchowy silnika i tylko do tego celu służy, nic innego nie jest do niego podłączone. Robi się tak, by zawsze mieć naładowany i gotowy akumulator rozruchowy silnika. To jest bardzo, bardzo ważne. SBB ma pojemność 100Ah. EBB będzie zasilał tylko elektronikę nawigacyjną, światła nawigacyjne – wszystko co jest związane z bezpieczeństwem. Ten bank będzie miał pojemność 440Ah. Urządzenia będą podłączone do niego za pośrednictwem specjalnego ochronnika STO-P d.c. Power Fault Protector w wersji UPS4012-4: http://www.sto-p.com. Więcej o tym sprytnym rozwiązaniu napiszę przy okazji opisywania mojej instalacji elektryczno elektronicznej. DBB będzie zasilać całą resztę jachtu. Takie rozdzielenie jest moim zdaniem bardzo korzystne, później opiszę to dokładniej. Na chwilę obecną jednym z problemów było rozdzielenie tych akumulatorów. O ile do pobierania energii muszą być oddzielone (by nic nie wyczerpywało akumulatorowa SBB na przykład), o tyle do ładowania powinny być podłączone wszystkie. Do takich celów stosuje się specjalne urządzenia nazywane rozdzielaczami diodowymi. Prostsze tańsze modele naprawdę zawierają diody, które pozwalają jak to diody na przepływ prądu tylko w jednym kierunku – od ładowarki do akumulatora. Jednak diody mają pewną stratę napięcia – dla diód krzemowych jest to ok. 0.6-0.7V i w takich wypadkach trzeba o tę wartość podnieść napięcie wyjściowe z alternatora. Ja zastosowałem rozwiązanie bardziej eleganckie – wyższy model rozdzielacza – Victron Argo FET 100-3. Ten rozdzielacz zbudowany jest na tranzystorach polowych dużej mocy (FET – Field Effect Transistor). Te urządzenia mają pomijalnie mały spadek napięcia od 0.02V do 0.1 V przy pełnym obciążeniu. Jest nieco droższy, ale, nie trzeba kręcić przy alternatorze. Separator został podłączony – działa.
  • Instalacja paliwowa – wykonanie
    Odebrawszy nowe klapy do paliwa z Zakładu Żarna przystąpiłem z Darkiem do montowania ich i budowania docelowej instalacji paliwowej. Chodzi o dociągniecie paliwa ze zbiorników głównych do zbiornika rozchodowego. Po dwóch dniach pracy instalacja została zbudowana i uruchomiona – na razie tylko z prawego zbiornika. Lewy jest sporym wyzwaniem, bo dostęp do niego niestety jest dość utrudniony. Liczę tu bardzo na zręczne chirurgiczne rączki Darka 😉 Pompa działa, wskaźniki działają – jest OK. Pracuję obecnie nad automatem napełniającym zbiornik rozchodowy. Ma to być malutki prosty sterownik zbudowany ma mikrokomputerze jednoukładowym. Jego zadaniem będzie zapewnienie równomiernego poboru paliwa z prawego i lewego zbiornika oraz zabezpieczenie zbiornika rozchodowego przed przelaniem. Mój docelowy system zarządzania elektryką i monitorowania mediów ma możliwość zdefiniowania podejmowanych akcji na podstawie zmierzonych poziomów płynów. Czyli w momencie, gdy w zbiorniku rozchodowym poziom paliwa opadnie poniżej ustalonej wartości – powiedzmy 20% układ napełniania zbiornika zostanie załączony. Napięcie zasilające będzie na nim utrzymywane do czasu osiągnięcia górnego poziomu paliwa – powiedzmy 80%. Dodatkowo czas włączenia będzie także ograniczony do tylu minut, ile potrzeba dla napełnienia zbiornika od 20% do 90%. To jest kolejne zabezpieczenie przed przelaniem. Sam układ napełniania zbiornika po otrzymaniu napięcia zasilania zmierzy poziom paliwa w obu zbiornikach głównych. Następnie przełączy zawór elektryczny na zbiornik, w którym jest więcej paliwa. Po przełączeniu uruchomiona zostanie pompa transferowa pompująca paliwo do zbiornika rozchodowego. Pompa będzie włączona na na czas nie dłuższy niż potrzebne dla napełnienia zbiornika od 20% do 85%. Jest to trzecie zabezpieczenie przed przelaniem. Ostatnie czwarte zabezpieczenie to rurka przelewowa/odpowietrzająca poprowadzona ze zbiornika rozchodowego z powrotem do jednego ze zbiorników głównych. Oczywiście wszystkie te mikrokomputery będą miały mechaniczne bypassy, tak by w razie jakiejś kaszany móc napełnić zbiornik rozchodowy ręcznie, czy to pompą elektryczną, czy w ostateczności ręczną.
  • Kosz dziobowy – wymęczenie na Zbyszku
    podstawowym problemem przy budowie jachtu jest sprawienie by fachowcy zechcieli zająć się właśnie twoim tematem. Tak jest też w temacie nierdzewek. Ale udało mi się, bo Zbyszek, miał w warsztacie gotowy kosz dziobowy, który bardzo fajnie przypasował do Fayki. Jest zamontowany – działa – teraz czekam na zamontowanie na nim świateł nawigacyjnych 😉
  • Szyna na bukszprycie – zaprojektowanie, wykonanie
    By ułatwić zakładanie spinakera CodeZero wymyśliłem system składający się z haka na końcu bukszprytu, stalowej linki prowadzącej, układu linek i snapszekli. Wszystko działało w miarę OK do czasu złamania bukszprytu podczas rejsu SAFE. Teraz pracuję nad nową koncepcją – znacznie prostszą.
  • Greting w kokpicie – wymęczenie u Pana Wiesława
    Udało się wymęczyć Pana Wiesława szkutnika, by zbudował i zamontował greting w kokpicie. Mam już prawie całe drewno w kokpicie, jeszcze tylko oklejenie ścianki nadbudówki i będzie gotowe. Greting jest z Irocco, wygląda superancko. Jest demontowany, można pod nim umyć kokpit, woda spływa bez problemu do szpigatów na rufie.
  • Cybanty w hydraulice – wymiana wszystkich
    Chytry dwa razy traci, kupiłem cybanty do hydrauliki w sklepie w Gdyni – miały być rasowe Jubillee – okazały się totalnym szajsem. Wszystko ciekło, nie można było ich dokręcić. Kupiłem komplet nowych cybantów o dużej sile. Darek zgłosił się na ochotnika i wymienił wszystkie.
  • Flaglinki – skrócenie i zarobienie końcówek
    20 minut roboty i temat flaglinek został definitywnie zakończony. Zawiązałem je w pętle bez końca. Czy ktoś może mi doradzić jak wiązać do takiej zapętlonej linki typową banderkę, która u góry ma pętlę, a na dole linkę? Jakoś sobie oczywiście radzę, ale nie czuję bym to robił profesjonalnie 😉
  • Instalacja paliwowa kuchnia – podłączenie
    Instalację paliwową kuchenki robiłem „na gotowo” dwa razy! Poświęcę temu oddzielny artykuł.
  • Kabestan elektryczny – uruchomienie
    Dopiero po uruchomieniu przekonaliśmy się jaką fajną rzeczą jest elektryczny kabestan. Jest też niebezpieczny, łatwo coś urwać, wkręcić paluchy (i urwać je), zablokować linkę, tak by trzeba było ją potem odcinać (to ja). Ale jak się uważa to pomoc jest nieoceniona, szczególnie przy małej załodze lub wachtach dwuosobowych. Głownie przy stawianiu grota i przy jego refowaniu. Także przy rolowaniu CodeZero i w mniejszym stopniu Genui. Jego zasadniczą wadą jest żarłoczność na prąd. Ale na czas stawiania grota, zwykle silnik i tak jest odpalony, więc akumulatory się ładują…
  • Olej w silniku – wymiana
    I nie tylko, nadszedł czas na serwis silnika (po 50 godzinach) zleciłem to panom fachowcom z firmy MarineWorks. Zrobione.
  • Podłoga w mesie
    Zamontowanie nowej nogi do stołu wymagało wykonania poprawek i modyfikacji podłogi w mesie. Konieczne było podzielnie jej na dwie części, oklejenie krawędzi obłogami, dopasowanie do podstawy nogi, wklejenie listew podpierających, pomalowanie. Jest OK. Podłoga czeka na malowanie końcowe.
  • Navtex – podłączenie anteny
    razem z anteną GPS do AIS zamontowałem i podłączyłem antenę do odbioru komunikatów NAVTEX w moim radioodbiorniku VHF.
  • Prace z radarem – dokończyć
    Ponieważ Leszek odbierał podnośnik od klienta z Gdańska, namówiłem go, by podjechał do Górek i skorzystałem z podnośnika, by przelutować kabelki w czaszy radaru, o których wspominałem. Radar działał doskonale, aż do zwarcia w instalacji w czasie rejsu do Petersburga, kiedy to coś się zjarało w moim Chartploterze – coś związanego z radarem, bo tylko on nie działa. Jestem już umówiony z serwisem Furuno na zbadanie o co chodzi. Może być słabo (znaczy drogo), bo wtyczka zasilająca radar jest stopiona. Na razie nie panikuję – zobaczymy. Trzymajcie kciuki.
  • Przetyczki do podwięzi – poprawki
    Przetyczki do podwięzi wantowych, sztagowych, padunowych itd wszystkie były za długie. Praktycznie o 10-15mm. Powodowało to, że wysuwały się,  a liny ruchome jak szoty z wielką ochotą się o nie zaczepiały. Zdemontowałem wszystkie, zaznaczywszy wcześniej jakie mają być, a znajomy tokarz Seby poucinał je i nawiercił nowe otwory pod przetyczki. Teraz jest cacy. Gdzieś tylko na Fayce wtryniłem paczkę przetyczek ø4mm i za cholerę nie mogę ich znaleźć. Gdy znajdę to założę.

Fotki tam gdzie zawsze

http://www.ciunczyk.com/slawek/Fayka/ (strona osiemdziesiąta i dalej)

Opublikowano Gotowe | 4 komentarze

SPB za kilka dni…

Nasz rejs do SPB zbliża się wielkimi krokami – wszyscy dostali rosyjskie wizy, sprawy dokumentów zapięte na ostatni guzik. Ja zasuwam na jachcie całymi dniami by doprowadzić Faykę do jako takiego stanu. Nawet nie mam czasu coś napisać.

Mam nadzieję, że na rejsie znajdę parę chwil to opiszę co się działo. Na razie z listy osiemdziesięciu punktów do zrobienia mam zrobione prawie pięćdziesiąt. A jeszcze trzy dni roboty zostało.

Jutro jadę do mariny kontynuować walkę, a po drodze przez Olsztyn, mam nadzieję odebrać nowe klapy do zbiorników paliwa. Dawno tak nie dałem d..y. Nie sprawdziłem i okazało się, że czujniki ultradźwiękowe BEPMarine nie pasują do Vetus’owych klap. A czujniki Vetus’owe nie działają w metalowych zbiornikach. Więc czarodzieje z Zakładu Żarna błyskawicznie wyczarowali mi nowe klapy z kwasówki.

Na marginesie – mam do sprzedania dwie nieużywane i udoskonalone klapy do zbiorników Vetus’a.

Nie mam czasu pisać dalej, idę się pakować.

Ahoj.

 

Opublikowano Gotowe | 11 komentarzy

Sucho…

Nie macie pojęcia jakie podniecenie odczuwałem, gdy Fayka pomalowana nową farbą antyporostową była trzy tygodnie temu zrzucana na wodę. Nic mnie tak nie ciekawiło jak woda w prawym kilu, a raczej spodziewany jej brak 😉

W międzyczasie Panowie malarze wypiaskowali cały spód, pomalowali podkładem, przeszpachlowali trochę, pomalowali podkładem ponownie i pomalowali tym magicznym antyfoulingiem Coppercoat. Wygląda ładnie – a jak będzie działało – zobaczymy. Oczywiście Sławuś znowu wywołał sensację w marinie – a po co to taki wynalazek, nie można zwykłego położyć jak wszyscy itd.

Pozostało mi jeszcze wykonać linię wodną – i hajda do morza. Linię wodną, zamiast jak wszyscy malować, za radą kolegi Marka z jachtu Liberi – nakleiłem. Do tego celu użyłem taśmy konturowej 3M stosowanej do oklejania TIR’ów. Jest to taśma odblaskowa, niemetalizowana z siedmioletnią gwarancją na drogach – sól, woda, myjnie, śnieg, deszcz mróz, prędkości po 90km/h i więcej. Mam nadzieję, że na jachcie też się sprawdzi. Wygląda moim zdaniem bardzo dobrze. A udało mi się wyliczyć zapotrzebowanie tak, że zostało ze 30cm. W sumie to dobrze, bo z BBB nie spełnia warunku „barato”.

Przyjechał Pan Roman z dźwigiem i „w try miga” było po sprawie. Rzut oka do prawego kilu – sucho, po godzinie nadal sucho, po dniu – sucho, po tygodniu sucho, po trzech też sucho. Uff. Wyszło, że znowu miałem farta.

A za chwilę zaczęło się narzekanie kolegów z mariny „co to jest tyle piachu po tym piaskowaniu, ciekawe kto to będzie sprzątać, piach się nosi do jachtów bla bla bla…” Więc rad nie rad pożyczyłem od bosmanów taczkę i łopatę i zacząłem wywozić piach na wskazane miejsce – aż za hotel na boisko do siatkówki. Piasku było prawie dwie tony. Łącznie zrobiłem prawie trzydzieści kursów. Pracowałem do wieczora i nazajutrz do poludnia. A złośliwi koledzy z mariny komentowali „Co? Nie chciało się nosić teczuszki, to trzeba pchać taczuszki…” Nic tylko utłuc gadziny.

Prace, które teraz wykonuję są mało spektakularne – montuję rozmaite części, które już mam, a czekały na swoją kolej. Robię prace szkutnicze – jak zabudowa linii wału. O to upierała się Wiesia. Twierdzi, że obecność wirującego wału z przegubem w naszej kabinie, zaledwie 40 cm od jej nogi, napawa ją poczuciem dyskomfortu. Uważa, że mogą jej się tam wkręcić pończochy. Rozumiem! Dobre pończochy rzecz droga i cenna – byłoby szkoda. No to zrobiłem ściankę i klapkę rewizyjną. Przecież ciężko by było potem te pończochy wyplątywać… tak by oczka nie poleciały.

W ubiegłym tygodniu uruchomiłem w końcu ster strumieniowy. Oczywiście wraz z pilocikiem. Aby doprowadzić elegancko kable do silnika steru, musiałem, leżąc w dziobie pod koją – wielgachną wiertarką pożyczoną od Seby, wiercić wiertłem koronowym otwory do przeprowadzenia kabli. Trzy otwory o średnicy 25mm, a blaszka grodzi ma 6mm i jest z gatunkowej stali 18G2A. Zabawa trwała z półtorej godziny w pozycji na leżąco – z latarką czołową – normalnie górnik przodowy. Od tej wymuszonej pozycji strzyknęło mi coś w lędźwiach i do teraz mnie rypie w plecach. Normalny SKS.

Ale strumieniówka działa doskonale. Znowu coś innego niż ma reszta kolegów, bo stojąc na kei i rozmawiając z nimi popisywałem się kręcąc łódką. A pilocik był w kieszeni. Volker złośliwiec powiedział, że musi sobie dokupić drugi taki pilocik i robić mi psikusy, gdy będę manewrował w marinie 😉

I pomyśleć, że ja mu pomagałem z podłączeniem komputera na jachcie. Gniazdo USB na tablicy rozdzielczej, które mu zamontowała firma Philippi miało wewnątrz skrosowaną przejściówkę i nigdy nie działało, co więcej nie miało prawa działać. Ale troszkę rozcinania, troszkę lutowania i wszystko śmiga jak ta lala.

Uruchomiłem AIS http://pl.wikipedia.org/wiki/Automatic_Identification_System.
Od teraz widzę inne jednostki w okolicy oraz, co równie ważne, on też widzą mnie. Jako bonus można śledzić ruchy Fayki na popularnych serwisach jak:

http://www.marinetraffic.com czy
http://www.vesselfind.com

No normalnie permanentna inwigilacja

Odebrałem klapy zbiorników VETUS z przyspawanymi kolankami – miód, cud i orzeszki. Jak zawsze, gdy Panowie z Zakładu Żarna coś zrobią. Czekam na uchwyt do telewizora, hak do mocowania rolera CodeZero na bukszprycie, kompletną wejściówkę oraz nogę do stołu.

Z tą nogą to poważna sprawa. Obecne rozwiązanie tymczasowe jest bardzo niewygodne. Na weekend majowy urządzaliśmy malutkie grill party w jachcie. Ponieważ pogoda była średnia, wszyscy siedzieliśmy w środku. Włażenie nieco głębiej za stół to prawdziwa gehenna. Obecne, tymczasowe nogi bardzo to utrudniają. Rozpocząłem poszukiwania gotowych nóg do stołu. To co znalazłem to albo brzydkie, albo horrendalnie drogie. Jedna z włoskich firm robiących wyposażenie do superjachtów podesłała mi ofertę na bardzo ładne nogi do stołów. Składane teleskopowo na trzy. Idealne jak dla mnie. Cena 1450 euro netto … za sztukę … plus transport. Only!. To jakaś masakra jest. Cóż było robić. Narysowałem własną wersję składanej podstawy stołu. Panowie z Zakładu Żarna po obejrzeniu moich rysunków stwierdzili, że da się to wykonać i powinno działać więc przystąpili do pracy.

Aha, byłbym zapomniał. W czasie mojej urodzinowej imprezki grilowaliśmy sobie milusio wewnątrz jachtu. Grill Cobb, który dostałem w prezencie, jest wykonany tak, że z zewnątrz jest chłodny. Więc postawiony na kuchni działał doskonale. Ale jeden brykiet firmowy wystarcza na blisko trzy godziny. Więc po godzinie grilowania, gdy wszyscy już byli napchani po uszy, grill nadal pracował. Wiesia zarządziła, bym go wyniósł na zewnątrz. Wynosząc potknąłem się na schodkach zejściówki, gorąca pokrywa z grilla spadła przypalając wycieraczkę i polarek Kristiny. Ja zabełtałem tym co trzymałem w rękach tak, że tłuszcz zgromadzony wewnątrz chlusnął na węgiel. Pięknie się zapalił się i buchnął płomieniem na metr. Strat wielkich nie było – opaliły mi się włosy (te resztki co jeszcze mam), brwi i rzęsy (wąsów nie ruszyło – poszło górą). Jakoś doniosłem tę pochodnię na zewnątrz. Więcej strat nie było.

Ale Darek miał dla mnie ciekawszy scenariusz, gdy mu opowiedziałem. Powiedział, że mogłem przecież wrzucić płonący grill do pomieszczenia, gdzie jest rozchodowy zbiornik paliwa – 40l, węże, przewody, rozmaite kable i plastiki – wówczas zabawa byłaby ciekawsza i dużo weselsza. A gaśnicy na jachcie jeszcze nie mam.

Od razu przeszukałem, co rynek pożarniczy oferuje w tym obszarze. Oczywiście prawie wszyscy mają na jachtach gaśnice proszkowe. Generalnie z „trzech B” mają tylko jedno – barato. Najgorsze jest to, że po odpaleniu gaśnicy proszkowej wewnątrz jachtu, ten piekielny proszek będzie się sprzątać jeszcze przez dwa lata. Kiedyś były gaśnice halonowe, ale lobby „efektocieplarniane” wykończyło je na amen. Śniegowa jest skuteczna i czysta, ale można sobie odmrozić wszystko – minus 120 stopni to nie zabawa I pewnie kuchnia by nie przeżyła. Aż w końcu odnalazłem rozwiązanie. Dostępne są gaśnice oparte na tzw „czystym środku gaśniczym” – zastępnik halonu. Np: http://www.pliszka.pl/gasnica-gh-2x-na-srodek-czysty-gaz-fe-36-prod87.html Taka gaśnica ma same zalety, i jedną wadę. Brakuje jej jednej literki w trzech B. Możecie zgadnąć której…

Więc pewnie kupię jedną dwukilową (ponad sześć stów w stosunku do 60 pln za proszkową) i do tego kilka sprayów gaśniczych http://www.pliszka.pl/spray-gasniczy-prod97.html. Od razu dokupię też ze trzy do domu. Mój przypadek z grillem spokojnie dało by się opanować takim sprayem, gdyby sprawy poszły źle.

Grilowanie w środku jachtu robiłem ostatni raz w życiu!

A tak na marginesie…

Ponieważ troszkę będzie rejsów i ludzie, którzy będą ze mną pływać nie zawsze mają za sobą doświadczenia morskie, postanowiłem wykroić na Faykowej stronie zakątek na bazowy poradnik. Znajdziecie go w menu ukryty pod hasłem: Poradniki..

Fotki tam gdzie zawsze

http://www.ciunczyk.com/slawek/Fayka/ (strona siedemdziesiąta dziewiąta i dalej)

Opublikowano Gotowe | 13 komentarzy

Odrobinkę bliżej wody

Właśnie wróciłem z Górek…

Trwają prace przygotowujące jacht do zwodowania. Odpadająca szpachla została usunięta. Walka toczyła się piaskarką, skrobaczkami, nożem, papierem ściernym. To co się dało usunąć zostało usunięte, reszta trzyma się na amen. Dalsze usuwanie spowodowałoby zniszczenie warstwy cynku… Po konsultacjach w marinie z kolegami, fachowcami i wszystkimi świętymi, uznaliśmy, że ta szpachla zostaje.

Jak wiecie Fayka stoi na własnych „nogach” – a jako podkładki służyły opony. Normalnie jachty są na stojakach – stojaki maja łapy, które dotykając do kadłuba, nie pozwalają pomalować pod nimi farbą anty-porostową. Cały jacht jest pomalowany, a w trakcie wodowania odbywa się akcja: jacht jest podnoszony na dźwigu, ludzie biegają dookoła z wałkami i malują pospiesznie pozostałe placki. Pospiesznie, bo każda minuta pracy dźwigu swoje kosztuje. Przy zwykłym antyfoulingu, to żaden problem, bo można jacht praktycznie zaraz potem zwodować, a te świeże placki jakoś w wodzie „dosychają/wiążą”.

Fayka nie ma wprawdzie podpór, ale za to spód kilów i skegu jakoś musi być pomalowany. Dodatkowa trudność wynika z tego, że mój „cudowny” antyfouling powinien przed zwodowaniem schnąć przynajmniej 24 godziny. Pewnie teoretycznie można by zawiesić Faykę na dźwigu na 24 godziny, ale cytując Watto – toydariańskiego handlarza z Tatooine „taniej wyjdzie kupić nowy statek”.

Więc nie było wyboru. Po przyjeździe we czwartek zabrałem się z Panami malarzami za podnoszenie Fayki i zamianę podłożonych opon na drewniane klocki. To umożliwi pomalowanie prawie całego spodu kilów i skegu. Przyrządem używanym do wykonania operacji, był pożyczony od panów bosmanów sporej wielkości ręczny podnośnik – taki „krokodyl”, który często można spotkać w warsztatach samochodowych.

Rufa poszła gładko, potem zabraliśmy się za dziób. Ponieważ „krokodyl” podnosi tylko na kilkanaście centymetrów, musieliśmy podkładać beleczki pomiędzy podnośnikiem, a dnem Fayki.

Całość ładnie się uniosła…. zacząłem wyciągać oponę i TRACH!!! beleczki pękły z hukiem, a Fayka spadła na beton. Pod lewym kilem została moja prawa… rękawiczka. Nie będę udawał, o mało się nie posikałem ze strachu. Czternaście ton stali, uczyniło by ze mnie świetnego pływaka. Z prawej ręki miałbym znakomitą płetwę… Teraz sobie żartuję, ale Darek, gdy mu opowiadałem stwierdził, że takie zmiażdżenia są nie do uratowania. Paluchy trzeba by było obciąć.

Od tego momentu NIKT nie podkładał łap, wszystko było robione przy pomocy kołków i rurek. Walczyliśmy do dwudziestej drugiej. Fayka stoi na kołeczkach. Zainspirowało mnie to do zaprojektowania i zrobienia jakichś eleganckich składanych stojaczków z nierdzewki.

Wieczorkiem napiłem się troszkę z Volkerem… ach te Górki.

Mam na Fayce dwa grzejniki – farelka i olejaka. Niestety jak ostatnia ciapa podłączyłem je do przedłużacza i poszedłem spać, po jakimś czasie w przedłużaczu wyskoczył bezpiecznik termiczny i grzanie się skończyło, a grzanie wewnętrzne jednak nie pomagało zbytnio. Ogólnie było rześko. Ale jak to w nocy, szczególnie po paru piwkach nie czaiłem co jest grane… Dopiero w następnych nocach podłączałem olejaka bezpośrednio do wejścia sieci 230V.

Na ten wyjazd miałem na liście kilka tematów do zrobienia. Dla rozrywki pozakładałem na podwięziach wantowych i achtersztagowych zrobione w zakładzie Żarna uchwyty do bloków zwrotnych fałów rollerów oraz mocowania do Boomlock’a. Pozakładałem na przetyczkach w ściągaczach podkładki dystansowe, zabezpieczają one bolce przed wysuwaniem się, co z kolei powoduje zahaczanie o nie szotów i w konsekwencji prawy szot jest już porwany – do wymiany. Robota była łatwa, ale żmudna. Trzeba było każdą linę poluzować na ściągaczu, zdjąć ściągacz, założyć co było do założenia i zmontować wszystko z powrotem, a potem ponownie napiąć liny ściągaczami.

Zmontowałem bezpieczniki i sterowanie do windy kotwicznej i steru strumieniowego. Gdy przyjdą kable podłączę to wszystko „na gotowo”.

Obgadałem z Panem Wiesławem (szkutnikiem) temat corianowego blatu w kambuzie i łazienkach, gretingu w kokpicie, wykończenia wewnętrznych ramek nadbudówki. pomalowania ramki na monitor. Miałem jeszcze omówić zrobienie stołu w mesie, ale zapomniałem.

Sprawdziłem felerny kil, teraz jest sucho, więc trzymajcie kciuki, by tak pozostało po  spuszczeniu łajby na wodę.

Piątek zleciał, poszedłem spać.

W sobotę w końcu zabrałem się za długo odkładaną robotę. Zamontowanie i wciągniecie docelowych rurek od instalacji  paliwowej. Całą instalację paliwową mam zrobioną jak o się mówi „w miedzi”. Wszystkie ciągi są z rurek miedzianych Φ 10mm, na ich końcach zaciśnięte są specjalne króćce, a ostatnie kawałki podłączone są krótkimi odcinkami zbrojonego węża gumowego (do paliwa). Cała frajda polega na tym, że rurki muszą iść jakimiś sensownymi trasami i trzeba je po drodze wyginać, dbając o odpowiednie promienie zagięcia, nie załamać ich (ani siebie). Czekało mnie podłączenie kuchni, doprowadzenie rurki napełniającej zbiornik rozchodowy ze zbiorników w kilach oraz rurki powrotnej – przelewowej ze zbiornika rozchodowego z powrotem do kilu. To pomysł Leszka na wypadek awarii systemu odcinania pompy napełniającej zbiornik rozchodowy. Bardzo nie chciałbym przeżyć na Fayce przygody z wpompowaniem do zęzy kilkuset litrów ropy. A czegoś takiego doświadczyłem raz i wystarczy. Bełtające się po całej zęzie paliwo, pływające w nim gretingi, cudny aromat na całym jachcie… przy mojej skłonności do choroby morskiej – możecie sobie dopowiedzieć resztę. Aha, to nie była moja wina…

Zaplanowanie całej instalacji i przeciąganie dopasowywanie rurek, docinanie ich, wyginanie zakładanie króćców itd zajęło mi całą sobotę i pół niedzieli, ale zrobiłem… uffff.

Kuchnia jest podłączona. Nie udało mi się jej odpalić – w zasadzie nie to poprostu doczekałem się. Kuchnia Wallas na samą płytę zużywa 0,09l paliwa na godzinę, więc zanim zassie to troszkę czasu upłynie. Chyba będę musiał sam zassać „ustyma” lub jakąś pompką. Chodzi mi też po głowie pomysł zainstalowania ręcznej pompki „primig pump” (zasysającej). A co tam wlazłem na allegro i kupiłem: http://allegro.pl/reczna-pompka-pompa-paliwa-gruszka-do-oleju-10mm-i4079279017.html. W sumie nie chce mi się smakować paliwa i powtarzać tego co sezon…

Rurki do zasilania zbiornika rozchodowego i przelewowa też są podłączone. Pozostaje mi zakupić pompy transferowe elektryczną i ręczną, poczekać aż Panowie z Zakładu Żarna przyspawają kolanka do wlewów. W czwartek zawiozłem te wlewy, na miejscu Panowie wykonali próbę, spawa się znakomicie więc jestem uratowany.

Instalacja pobierania paliwa będzie ciekawa. Zanim zakupię i zaprogramuję docelowy system BEP Marine CZone, planuję zbudować prosty komputerek sterujący, który będzie:

  • dokonywał pomiaru poziomu cieczy w siedmiu zbiornikach – dwa ściekowe, dwa wodne, dwa paliwowe główne, jeden rozchodowy.
  • dokonywał pomiaru energii zgromadzonej we wszystkich trzech bateriach akumulatorów – rozruchowym i hotelowych. Pomiar będzie odbywał się dwojako – napięcie na akumulatorach oraz kalkulacja energii na zasadzie weszło-wyszło.
  • Prezentował wyniki pomiarów na wyświetlaczu alfanumerycznym w postaci czytelnej dla zwykłego człowieka – np: „Ścieki – zbiornik lewy 75% – około 150 litrów ” itp.
  • Włączał alarmy przy zadanych poziomach w każdym z mierzonych obszarów – zbiorniki, akumulatory. Oczywiście ścieki – alarmy „górne”, paliwo główne i woda alarmy „dolne”, zbiornik rozchodowy alarmy „górne” i „dolne”. Akumulatory – alarmy „dolne”. Nie muszę chyba dodawać, że z odpowiednia histerezą. Alarmy będą nadawane poprzez stosowny komunikat, zapalenie ostrzegawczej diody oraz brzęczyk.
  • Automatyzował proces napełniania zbiornika rozchodowego według algorytmu: gdy poziom w zbiorniku rozchodowym spadnie poniżej X, sprawdź w którym kilu jest więcej paliwa, przełącz elektryczny zawór trójdrożny na ten zbiornik, odczekaj aż zawór się przełączy (ok 10 sekund), rozpocznij pompowanie do osiągnięcia poziomu Y, nie dłużej jednak niż zadany czas (coby nie kusić losu z przelaniem zbiornika – choć jest przewód przelewowy). Poinformuj o przebiegu procesu na wyświetlaczu.

I teraz zagadka – jaki zakładam koszt tego komputerka? Oczywiście nie wliczam czujników poziomu cieczy – bo je muszę i tak kupić, boczników elektrycznych i wzmacniaczy prądowych, bo to muszę też mieć. Zawór trójdrożny przemysłowy kupiłem w firmie Washservice z Pruszcza za 230 pln brutto. Dla ciekawości  – stara wersja VETUS do ścieków EBV121 kosztowała ponad dwa tysiące, a nowa jest prawie dwa razy droższa (sic.)

No więc cały komputerek wyliczyłem na 60 pln. Słownie sześćdziesiąt złotych.

Oczywiście do tego moja robota, projektowanie, programowanie itp. Ale to przecież sama przyjemność. A jak się rozpędzę o mogę toto produkować.

Wiesia, gdy się dowiedziała zapytała, czy koniecznie muszę mieć ten system CZone za prawie 20 tysięcy :-). Muszę! Ale swojego komputerka nie będę wywalał… przyda się jako równoległy backup.

Aby nie być gołosłownym powiem, że wyświetlacz ze sterownikiem Hitachi oraz gotowymi czterema przyciskami i diodami kupiłem od gościa w Szwecji na ebay za 6,70EUR 🙂 Będę potrzebował dwa procesory (a w zasadzie mikrokontrolery PIC) po 3 pln sztuka i troszkę drobnicy.  Do stówy nie dobiję na pewno.

Gdy już jesteśmy przy elektryce, to kolega Bartosz zadał mi parę ciekawych pytań odnośnie akumulatorów. Oto jego maile (publikowane za zgodą):
==================
Hey Sławku,

Jakie akumulatory hotelowe użyłeś u siebie? Miałem acu. Vetus AMG, ale po 5 latach się skończył mimo zimowych doładowań i dobrej ładowarki Waeco.

==================
Cześć Bartoszu,

zastosowałem przemysłowe, trakcyjne akumulatory Trojan: T-105 Plus, http://www.trojanbattery.com/product/t-105_plus/ w liczbie 10 sztuk.

Puszczę dzisiaj nowy wpis na bloga i omówię dlaczego taki wybór… inni może też się wypowiedzą lub skorzystają albo skrytykują 🙂
==================
Cześć Sławku,

Da się je kupić w PL? Czy ładowarka musi być jakaś specjalna ? Czy kwas w przechyłach zostanie na miejscu? Niektóre aku. niszczą się jak płyty nie są w elektrolicie. Czytałem również o przypadku śmiertelnego zatrucia oparami z akumulatora, który zagotował się od uszkodzonej ładowarki, oczywiście w nocy w porcie, po drinkach. Niestety ale szkutnik zapakował mi aku. pod hundkoje oczywiście bez wentylacji. Temat drążę, bo muszę wymienić aku. na nowy, ale sprawa nie jest tak oczywista jak by się mogło wydawać, bo im więcej czytam tym więcej niuansów do rozważenia. Czekam na Twój wpis bo na pewno wiele wniesie w tej materii.
==================

Czas więc opowiedzieć o moich akumulatorach.

Na Fayce są trzy banki akumulatorów – rozruchowy akumulator AGM typ MWL 12V 100Ah kupiony od znajomego handlującego akumulatorami. No i dziesięć akumulatorów trakcyjnych Trojan T-105 Plus w dwóch bankach po 4 i 6 sztuk. Łącznie 1225Ah przy 20-Hr Rate. Akumulator rozruchowy, nie jest tematem naszych rozważań. Jego życie jest komfortowe do obrzydliwości, jak w samochodzie albo jeszcze lepiej. Praktycznie zawsze jest naładowany, nic oprócz rozrusznika z niego nie jest zasilane, ma wysoki priorytet ładowania z ładowarki sieciowej, z rozdzielacza diodowego jest ładowany przy każdym uruchomieniu silnika. Więc on padnie, gdy padnie, ale to powinno być za parę ładnych lat.

Akumulatory głównie padają niestety głównie od nadmiernego rozładowania.

Na to właśnie narażone są najbardziej akumulatory „hotelowe/użytkowe”. Oczywiście producenci i handlowcy przekonują nas żeglarzy, że musimy mieć specjalne akumulatory „marine” AGM’y, żelowe itp. Oczywiście ze stosowną ceną.

Zdążyliście już mnie poznać, jestem paskudnym gadżeciarzem, ale podobnie jak moi poznańscy koledzy nie lubię wydawać pieniędzy na bezdurno 😉

Te akumulatory mnie męczyły. 1000Ah potrzebowałem bez gadania – ster strumieniowy, winda kotwiczna, kabestan elektryczny, od metra odbiorników itd. Taką pojemność zapewnia np. sześć akumulatorów VETUS gel battery 1144 Ah, 2 Volt. Po 889EUR sztuka = ponad 22 tysiące złotych 🙁

Pamiętacie z innych wpisów, że mamy z Leszkiem firmę wypożyczającą podnośniki. Część z nich to urządzania elektryczne napędzane akumulatorami. Producent firma Haulotte w zasadzie stosuje amerykańskie akumulatory trakcyjne Trojan. Trojan to jedna z najstarszych firm produkujących akumulatory do zastosowań profesjonalnych. Zresztą produkuje je także dla wielu innych firm pod ich nazwami. Te akumulatory są stosowane w wózkach widłowych, wózkach golfowych, przemysłowych samochodach elektrycznych, maszynach – wszędzie. Czasami jednak trafiały się nam podnośniki z akumulatorami innych firm. I uwaga! Po sześciu latach WSZYSTKIE Trojany nadal pracują, a WSZYSTKIE pozostałe zostały już wymienione. Możecie zgadnąć na jakie 🙂 A trzeba stwierdzić, że panowie robotnicy budowlani nie przykładają przesadnej dbałości do wypożyczanych maszyn…

Ja wybrałem mały model T-105 – 6V. Jest to klasyczny akumulator mokry, kwasowy. Ale po pierwsze ma specjalną mocną konstrukcję z pancerną płytą nośną, nie zdarza się by taki akumulator pękł. Korki inspekcyjne do sprawdzania poziomu kwasu zawierają opatentowany system zaworków który sprawia, że nawet po odwróceniu akumulatora kwas z niego nie wycieka. A odpowietrzają go skutecznie. Można dokupić do nich specjalny system zintegrowanego uzupełniania elektrolitu, który do maksimum upraszcza obsługę. Oczywiście przy moich odbiornikach i tej pojemności ryzyko przeładowania akumulatorów jest minimalne. Jeden bank akumulatorów – 6 szt będzie umieszczony w zęzie, drugi 4 sztuki w pomieszczeniu technicznym, wysoko na rufie, by nawet po zalaniu zęzy wodą mieć dostęp do energii (radio, pompy itd). Akumulatory będą umieszczone w specjalnych pojemnikach z kwasówki – otwartych od góry by zapewnić im wentylację. Pojemniki są po to by w razie jakiegoś rozszczelnienia obudowy kwas nie latał po całym jachcie.

Wentylacja akumulatorów kwasowych jest kluczowa. Podczas intensywnego ładowania woda z elektrolitu rozkłada się na wodór i tlen – mieszankę silnie wybuchową. Zdarzyło mi się raz spawać w garażu u Leszka, nie zauważyłem, że pod stołem ładuje się akumulator. Pierdyknęło tak, że myślałem, że ktoś rzucił granat. A akumulator był na w miarę wolnej powierzchni (pod stołem). Akumulator rozleciał się, a kwas elegancko opryskał wszystko wokół włącznie z moim ubrankiem… Porobiły mi się dziury w ubraniu. Oczywiście nie należy wpadać w panikę, to nie Hollywood i kwas nie zżera od razu pół człowieka, a woda z dużą ilością mydła zaraz go neutralizuje. Ale już kwas w oku może być niefajny , abo w jakichś delikatnych obszarach z odkrytą śluzówką…

Owszem wadą tych akumulatorów jest ich obsługowość, choć nie aż tak uciążliwa jak by się wydawało.

Ale za to ich zalety są nie do pobicia. Te akumulator są naprawdę trwałe, odporne na szorstkie traktowanie, mają dobrą pojemność, dają duży prąd – co jest ważne przy silnoprądowych obciążeniach, jak ster strumieniowy, winda kotwiczna czy kabestan. Bardzo wolno się rozładowują samoistnie. Wytrzymują głębokie rozładowanie. Spodziewam się, że posłużą mi dobre osiem do dziesięciu lat. Aha, wodę trzeba sprawdzać i ewentualnie uzupełniać raz na rok.

I najważniejsze za dziesięć sztuk zapłaciłem niecałe pięć tysięcy pln brutto. Prawie pięć razy taniej niż za VETUS’a (katalogowo). Oczywiście mamy w naszej firmie świetne ceny, kupiłem je przy dobrym kursie dolara, ale gdy ostatnio sprawdzałem mógłbym je wam sprzedać po 550pln brutto sztuka z fakturą VAT 🙂

Jak dla mnie nie miałem żadnych wątpliwości co wybrać. A dodatkowo moje obawy rozwiała dyskusja kiedyś przeczytana na Cruiserforum, tam ludzie pisali by nie cudować i nie dawać się nabijać w butelkę tylko kupić zwykłe akumulatory trakcyjne i mieć święty spokój.

Cóż życie pokaże.

A doradzając Bartkowi – nie wiem jaką ma pojemność obecnie, ale na jego jachcie sądzę, że dwa lub cztery takie trojany powinny wystarczyć, o ile jest miejsce pod koją. Dorobiłbym do niej prostą wentylację wymuszoną wywalająca powietrze na zewnątrz jachtu. Oczywiście z silniczkiem bezszczotkowym i  z sygnalizacją nie działania wentylatora przy ładowaniu akumulatorów – żeby mieć pewność. Co do śmiertelnego zatrucia – cóż ani wodór ani tlen nie są śmiertelnie trujące, czasami może pojawić się odrobinka oparów kwasu siarkowego, ale to bardzo rzadkie. Moim zdaniem nie zatruje na śmierć. Ale nie jestem specjalistą w tej materii.

Ładowarkę mam Waeco MCA1235 – dwa banki hotelowe plus rozruchowy. Dla mnie idealna. Do tego rozdzielacz Argo FET oraz moje panele solarne. Nomen omen dają teraz w kwietniu ponad pięć amperów – rewelacja. Gdy dojdzie wiatroprądnica, generator będzie odpalany tylko od wielkiego dzwonu …

Fotek nie wrzucałem, bo nic spektakularnego się nie dzieje.

 

Opublikowano Gotowe | 5 komentarzy

Sezon stoczniowy 2014…

… rozpoczęty 🙂

Panowie malarze przystąpili do piaskowania kadłuba Fayki pod linia wodną. Trzeba usunąć, nieszczęsną, źle położoną szpachlę, pomalować wszystko podkładem, ponownie wyszpachlować zakamarki, wyszlifować, pomalować znowu podkładem. A potem zakupioną już farbą antyporostową Coppercoat. Zobaczymy, czy wytrzyma tak długo jak obiecuje producent…

W tym tygodniu pomagał mi w pracach Darek.

Mam sporą listę tematów do zrobienia przed pierwszym rejsem – ponad 40 punktów. Udało nam się zrobić sześć tematów. Zamontowaliśmy i podłączyliśmy nowy zawór elektryczny do zbiornika z czarnymi ściekami. Vetus stanął na wysokości zadania i wymienił uszkodzony na nowy … na nowy model – naprawdę Heavy Duty. Ewidentnie poprzedni musiał się psuć, tak więc zaprzestali produkcji i wprowadzili zupełnie inny. Tak na marginesie mój wytrzymał ze dwadzieścia zamknięć i otwarć. Nowy działa jak złoto.

Wymontowaliśmy wlewy paliwa ze zbiorników. To znowu Vetus. Moris wspomniał, że u niego ten wlew przeciekał i nigdy nie dał się uszczelnić. Vetus też wycofał to z produkcji i wprowadził wlewy ze sztywnym kolankiem (bez możliwości regulacji). Na tej regulacji właśnie przeciekało. Chcę zawieść te wlewy do Panów z Zakładu Żarna, by spróbowali przyspawać mi do nich na sztywno aluminiowe kolanka.

Po zdemontowaniu wlewów okazało się, że w prawym kilu (zbiorniku paliwa) jest woda. Około 10-15 cm. Nie mam pojęcia skąd. Woda jest słodka, ale w marinie też jest słodka – smakowałem nawet 🙁 Wkurza mnie o okropnie, bo nie wiem co się dzieje. Wyciągnąłem cała wodę, wysuszyłem gąbeczką do sucha. Trzeba będzie zrzucić jacht na wodę i obserwować. Drugi zbiornik jest suchy. Na szczęście, bo bym sobie „szczelił w łep”

Potem zabraliśmy się za przekładanie okienka do forpiku. Pierwotnie udało się zamontować je tak, że po założeniu sztagu wewnętrznego i rolera, okienko nie dawało się otwierać. Trzeba było je odkręcić, rozkręcić, odciąć Sikaflex i oderwać. Dobrze mówił Pan Andrzej Cichocki, że te kleje mają wytrzymałość 70kg/cm2. Aby oderwać to malutkie okienko musieliśmy podłożyć drewniane beleczki, założyć line (fał foka) i przez duży kabestan i długą korbę powoli oderwać okienko, potem robota z oczyszczaniem, oznaczenie i nawiercenie nowych otworów, odtłuszczenie wszystkiego i ponowne wklejenie okienka. Urobiliśmy się przy tym po pachy.

Jako rozrywkę skróciłem do gotowej długości flaglinki na maszcie, ale opalając linki przypaliłem sobie palucha i spaliłem ulubiony buff 🙁

Pomierzyliśmy blat kuchenny – duża ulga – cały blat kuchenny, plus blaty w łazienkach zmieszczą się na jednej płycie Corianu.

Pomierzyliśmy bramę rufową, projektuję do niej uchwyt na anteny – a będzie ich sporo – GPS główny, GPS do AIS, Antena do NAVTEX, antena do wzmacniacza WiFi, może antena telewizyjna, może antena 3G oraz mocowania do świateł nawigacyjnych rufowych i oświetlenia kokpitu z bramy rufowej.

Darek zdemontował śruby od steru strumieniowego – jedna niestety miała ułamany kawałek skrzydełka – musiałem zamówić nową…

Wieczorami umilaliśmy sobie czas Noteckim oraz morskimi opowieściami. Darek, Rafał i Józek ze swoimi piękniejszymi połówkami dwa tygodnie orali morze … Karaibskie 🙂

W niedzielę zapakowaliśmy się do aut i do domku.

Na ten sezon mam zaplanowane sporo rejsów Fayką. W połowie czerwca płyniemy do Sankt Petersburga (o ile Rosjanie czegoś nie nawywijają – najwyżej pozwiedzamy Litwę, Łotwę, Estonię i Alandy). W lipcu na tydzień  zapanowaliśmy rejs z Darią, Karolem i Jureczkiem po zatoce gdańskiej. Jerzy to nasz wnuk. Teraz ma dwa miesiące, więc w lipcu to będzie już półroczy facet. Najwyższy czas, by zacząć z dziadkiem żeglowanie. W sierpniu z młodzieżą płynę na dwa tygodnie do Sztokholmu, Szwecji i na ogólnie pojęte Alandy. We wrześniu – na początku planujemy wyskoczyć na tydzień – 10 dni na Bornholm. Oczywiście jeśli się uda to może jeszcze coś…

Mam przecież sporo roboty do zrobienia…

Fotki (troszkę) tam gdzie zawsze

http://www.ciunczyk.com/slawek/Fayka/ (strona siedemdziesiąta ósma i dalej)

Opublikowano Gotowe | 7 komentarzy