Fayka2016.BigTrip – etap pierwszy

Jest sobota rano, piję sobie kawkę. Wiesia spisuje dokładną listę sztaunkową, Darek pojechał na rowerze do sklepu.

Czas, by coś na bloga napisać….
Aha. Fayka stoi zacumowana w Oslo, w marinie Frognerkilens Båtforening. Pogoda za oknem prześliczna. Czyste niebo, słoneczko, lekki wiaterek, temperatura już ponad 20°C. Zapowiada się upał jak wczoraj i przedwczoraj, gdy było 28°C w cieniu. Tak, tak nie mylą was oczy. Jesteśmy w Norwegii. Wczoraj Bartek już poleciał do Polski, dzisiaj wylatuje Darek, a przylatują Lenka i Mariusz.

A zaczęło się tak…

Do mariny zjechaliśmy w środę 25 maja. Ja z Bartkiem około dwunastej, Darek trochę później. Zaczęło się WWW Wielkie Wynoszenie Wszystkiego. Ponieważ od dwóch tygodni mam w marinie do własnej dyspozycji budkę na moje rzeczy – taki mały zamykany kontener. Mogliśmy w końcu wynieść do niego masę szpeju, który nagromadził się w Fayce. Rozmaite węże, kable, sklejki, narzędzia, kartony, folie itd. Rzeczy związane z budową, a nie koniecznie potrzebne przy żeglowaniu. No to wyjazd z tym do zachowanka. Darek z Bartkiem kursowali tam i z powrotem. Nie wyobrażacie sobie ile gratów można zmieścić w takim małym jachcie jak Fayka!!!
A ja w tym czasie ogarniałem ostatnie drobiazgi: podłączenie komputera nawigacyjnego, drobne prace elektryczne. Chłopaki wyciągnęli cały łańcuch kotwiczny, umocowali oznaczniki długości. Odcięli dwa kawałki po 4,5. Jeden poszedł do mocowania zapasowej kotwicy – jako łącznik/obciążnik do liny kotwicznej. Drugi kawałek poszedł do dryfkotwy Jordana jako obciążenie na końcu. No i zarówno dryfkotwa jak i lina kotwiczna zostały zapakowane do worków zgodnie z patentem podejrzanym na Selmie.
Umocowaliśmy kotwice odebranymi z Zakładu Żarna uchwytami. W weekend poprzedzający odebrałem też samoster, który z Darkiem zamontowaliśmy wzbudzając sensację w Marinie 😉 Wtedy też uruchomiliśmy fok sztormowy na samozwrotnej szynie.
Darek załatwił (kupił) paliwo w beczkach – 700 litrów i cały piątkowy wieczór do drugiej w nocy przelewaliśmy je do zbiorników w kilach.
Wracając do środy. Darek umocował tratwę w koszu zamontowanym na nadbudówce, chłopaki wciągnęli wszystkie liny do kokpitu,zamontowali CodeZero z nowym fałem poprawionym przez Dawida z Sail Service. W między czasie trwała walka do końca Panów Szkutników. Ale udało się i Fayka ma piękne deski z teaku w kokpicie oraz ładną suwklapę wraz z jej wykończeniem w drewnie sapeli. Łazienki kapitańskiej nie udało się skończyć tym razem.
O osiemnastej uznaliśmy, że więcej nie robimy i zaczęliśmy sztauować zapasy jedzenia. Obowiązywała zasada „upychać jak się da… potem Wiesia i tak to uporządkuje”.
O północy Bartek oznajmił, że potrzebuję kielicha, bo zaraz padnie. Dziabnęliśmy po maluchu cytrynowej naleweczki dostarczonej przez Agnieszkę. Chłopaków to ożywiło… ja padłem jak kawka. Skończyli pakować o pierwszej.
W czwartek 26-tego wstaliśmy dość późno, zjedliśmy śniadanko, zrobiliśmy ostatni przegląd jachtu i….

O godzinie 11:20 jacht oddał cumy ruszając w wielki rejs na Ocean. Najpierw oczywiście Ocean Bałtycki 😉

Na kei żegnali nas przyjaciele z mariny. To było naprawdę wzruszające.

Pogoda była ładna, choć wiatru praktycznie brak. Na Zatoce Gdańskiej była dość wysoka martwa fala po ostatnich wiatrach. Niestety jeszcze przed Helem wszyscy oddali hołd Neptunowi lub jak powiedział Bartek „otworzyli się na morze”.

Ustaliłem trzy wachty jednoosobowe według standardowego schematu 4442244. Płyneliśmy na motoru. Za Helem na otwartym morzu fala uspokoiła się i wiatru nadal nie było. Życie na jachcie zaczęło powoli nabierać swojego rytmu.

Na Darka wachcie (0:00-4:00) przełączyliśmy zbiornik paliwa na lewy. Po chwili silnik zaczął inaczej pracować. Darek trochę zmniejszył obroty i działał znowu normalnie. Około piątej na wachcie Bartka silnik zakrztusił się i zgasł. Nie dał się już uruchomić ponownie. Jacht znajdował się na wysokości Ustki. Około dwudziestu mil morskich na północ. Postawiliśmy żagle i z prędkością półtora węzła zaczęliśmy płynąć do Ustki. W międzyczasie trwały próby uruchomienia silnika. Podejrzenie padło na układ paliwowy. Rozkręciliśmy cały od zbiornika rozchodowego, jego filtrów, filtrów silnika, pompy paliwowej – paliwo było obecne. Około siódmej pojawił się sygnał komórki. Zadzwoniłem do brata Leszka. Leszek poradził mi by odkręcić przewody z wtryskiwaczy, zakręcić silnikiem i zobaczyć czy paliwo dochodzi do wtryskiwaczy. Tak zrobiliśmy. Ja kręciłem, Bartek obserwował. I to był dobry pomysł. Bartek przyjrzał się temu co wypływa z przewodów wtryskiwaczy i oznajmił, że to jest woda. Poddaliśmy ten płyn wspólnej analizie i zgodnie stwierdziliśmy, że to faktycznie woda. To wszystko wyjaśniało. Cóż trzeba było tę wodę usunąć. Po wylaniu około trzydziestu litrów wody ze zbiornika rozchodowego, przelaniu układu paliwowego czystym paliwem byliśmy gotowi do odpalania silnika. Niestety silnik nie chciał elektrycznie współpracować. Bendix terkotał. Myślałem, że wyładowaliśmy akumulator rozruchowy. Podłączyłem akumulator hotelowy na krótko (przełączniki Emergency Parallel jeszcze są niepodłączone). Nic to nie dało. Bartek zaczął przyglądać się elektronicznemu modułowi startera. Po otwarciu wydobywał się z niego dym. Kiszka!
Dodzwoniłem się do dealera Volvo Penta i dowiedziałem się, że moduł MDI mogę mieć dopiero za parę dni. Po konsultacji doszliśmy do wniosku, że pewnie prędzej i taniej dostanę ten moduł w Göteborgu. Toć to miasto rodzinne Volvo.
Na szczęście mój silnik jest starą sprawdzoną konstrukcją, bez turbo sprężarki, intercooler’a i innych bajerów. Odłączyliśmy moduł, dwa kable zwarliśmy na krótko jak na filmie akcji iiiii…. silnik pięknie odpalił. Wydobyłem ze swoich zasobów zwykły przełączniczek, a Bartek podłączył go na kabelku do silnika. Odpalanie mieliśmy załatwione. Gaszenie też było proste. Trzeba otworzyć komorę silnikową i nacisnąć dźwignię odprężnika.

Decyzja! Jedziemy do Göteborgu.

W tym momencie wymyśliliśmy, że Wiesia może przyjechać do Göteborgu, zamiast męczyć się pięcioma przesiadkami do Fjällbacki. Wiesia bardzo się ucieszyła, bo z Oslo jest bezpośredni pociąg do Göteborgu.

Po następnej dobie mijając po drodze Bornholm dopłynęliśmy do kanału Falsterbokanal. Chwilkę poczekaliśmy. O jedenastej otwarto most zwodzony. Przepłynęliśmy na drugą stronę i zacumowaliśmy na godzinkę, by zjeść śniadanie. W południe ruszyliśmy do Göteborgu.

Dopłynęliśmy wieczorem w niedzielę.

Rano zacząłem dzwonić po serwisach Volvo w Göteborgu. Cóż się okazało! Magazyn centralny Volvo Penta jest UWAGA!!! …. w Holandii i ten moduł mogą mi sprowadzić za trzy dni… To żaden business dla nas stać trzy dni w Göteborgu. Zadzwoniłem do Marineworks i dostałem ofertę lepszą niż szwedzka z wysyłką do Mariuszka i Lenki. Ale i tak grubo ponad dwa tysiące złotych w plecy… Usłyszałem na kei powiedzonko: Czym się różni się wydawanie pieniędzy na jacht od wrzucania ich do morza? Ano morze ma jakieś dno!

O szesnastej pięćdziesiąt przyjechała Wiesia i byliśmy uratowani od śmierci głodowej.

Zjedliśmy obiadek i poszliśmy obejrzeć trochę miasto.

Potem kolacyjka, po drinku i lulu.

Rano sklarowaliśmy jacht i w drogę do Fjällbacki.

Trochę było wiaterku więc w końcu mieliśmy okazję popłynąć na żaglach. Ja nawet zaliczyłem 30 węzłów wiatru. Płynęło się cudownie.
We wtorek wieczorem zacumowaliśmy w ślicznej, malowniczej Fjällbace. Kto czytał kryminały „Camillki”ten może się domyślić.
Po kolacji pobiegliśmy zwiedzać okolicę. Wszyscy byli zachwyceni. My z Wiesią wczuwaliśmy się w klimaty kryminałów Camilli Läckberg.
Wieczorem zdarzył się przykry wypadek. Nalewaliśmy wodę do zbiornika i zakręcałem go korbą do kabestanu, zagapiłem się i korba wpadła mi do wody… 4.8 m głębokości i woda 15°C. Kolejne 100 EUR w plecy.
Rano Bartek stwierdził, że widzi korbę na dnie. Ja porzuciłem już nadzieję, ale Darek z Bartkiem postanowili spróbować. Pomysły były różne, od rozmaitych form trałowania jakąś siatką, przez pętle a skończyło się na łapce z klipsa stolarskiego (takiej klamerce) uruchamianego pętelką z żyłki. Pozostało znalezienie czegoś odpowiednio długiego. Zaproponowałem listwę grota połączoną z bosakiem przy pomocy taśmy klejącej typu Gaafa. Na końcu była przyklejona „klamerka” z pętelką wyzwalającą. Nie wierzyłem w powodzenie operacji… a tu przy pierwszym podejściu: klik Bartek wycelował, Darek odpalił i korba „wyjechała” na górę. Sto euraskow uratowane.
Potem z Wiesią zażyliśmy jeszcze trochę zwiedzania. Sklarowaliśmy łajbę i w drogę do Oslo. Pogoda nadal cudna, odrobinkę wiało więc postawiliśmy żagielki. Długo się tym nie nacieszyliśmy. Wyłączyli wiatr i znowu trzeba było postawić DieselGrota. Do Oslo było ponad dziewięćdziesiąt mil.
W marinie Frognerkilens zacumowaliśmy nieco po siódmej. Przyszedł Pan ochroniarz i powiedział, że bosmanat czynny od ósmej. O ósmej zadzwoniłem do Pani Bosman (a może bosswoman?) okazało się, że możemy stać tak jak stanęliśmy longside. Od Pani bosman dowiedziałem się, że ta marina podobnie jak pozostałe w tym zakątku jest prywatna i w zasadzie nie ma miejsc dla gości. Jedynie czasami, gdy coś jest wolne udostępniają by podreperować budżet. Zapłaciliśmy 200 koron za dzień – razem 600. W jedynej gościnnej marinie Akerbrydge liczą sobie po 400 za dzień. Na kei prąd, woda, niezłe WiFi, prysznice, kabelki… stać nie wypływać 🙂

Sklarowaliśmy łajbę i wczesnym popołudniem poszliśmy zwiedzać miasto. Około siedemnastej my z Wiesią mieliśmy już dość, Darek z Bartkiem poszli zwiedzać dalej. A upał doskwierał jak jasny gwint. Po powrocie na łódkę zrobiłem małą pracę bosmańską – zamocowałem tuleję i ramkę wywietrznika w mesie.

Wracając zobaczyliśmy Pana, który z kutra sprzedawał świeże ryby i krewetki. Nie mogłem sobie odmówić i kupiłem litr za sto koron. Wiesia przygotowała je na masełku z czosneczkiem. Palce lizać. Bartkowi tak zasmakowały, że nazajutrz poleciał do Pana i kupił trzy litry. Wtedy przypomniałem sobie, że dostaliśmy w ramach zaopatrzenia od Agnieszki słoik dipu do grilla. Zalana w oliwie pietruszka z czosnkiem. Wiesia użyła tego do podsmażenia krewetek. Rewelacja. Była tego ogromna porcja dla każdego. Reszta posłużyła do przyrządzenia pysznego risotto.

Był już piątek. Zjedliśmy wczesny obiad i o pierwszej odprowadziliśmy Bartka na pociąg. Z dworca poszliśmy na długi spacer do słynnej opery, Pałacu Królewskiego zataczając koło po centrum Oslo.

Po powrocie odpoczęliśmy trochę i wieczorkiem wybraliśmy się z Darkiem na rowery.

Aha byłbym zapomniał. W międzyczasie trwało porządkowanie zapasów i przesztauowywanie w sposób logiczny tzn. taki jaki ustaliła Wiesia.

W sobotę rano śniadanko i pożegnaliśmy Darka. Nie mogliśmy go odprowadzić niestety, bo czekaliśmy na Lenkę i Mariuszka,których Janbus miał przywieść prosto do mariny. W oczekiwaniu na nich przymocowałem tuleję i ramkę wywietrznika w kabinie dziobowej.

O drugiej Lenka i Mariusz zameldowali się na burcie Fayki. Etap pierwszy podróży dobiegł końca a rozpoczął się drugi.

Fotki wrzucę zbiorczo ze wszystkich etapów.

Trip2016-done01-1024x864

Ten wpis został opublikowany w kategorii Gotowe. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Fayka2016.BigTrip – etap pierwszy

  1. Witek pisze:

    Lecę kupić krewetki!!!

  2. Bartek pisze:

    wow, wspaniałe plany – naprawdę big trip – będę śledził z uwagą i … liczę na częstsze wpisy 😉
    stopy wody !

  3. andrzejb pisze:

    Dawno nic nie pisales………mysle moze juz Kuba………ale jestes
    Pozdro Janosik ..parkieciarz

  4. Wiesia pisze:

    Nie wiem czy nie dostanę w ucho od mojego męża i czy opublikuje ten komentarz, ale z Göteborga wypłynęliśmy w poniedziałek wieczorem, a nie rano we wtorek. Nie chcieliśmy tam stać długo bo i drogo i głośno w centrum miasta. We wtorek koło południa cumowaliśmy już w Fjällbace. Pewnie jak sprawdzi w Dzienniku jachtowym to się nie będzie kłócił, ale czy przyzna żonie rację? – chociaż – żona ma zawsze rację, a jak nie to też ma 🙂

  5. janosik pisze:

    Wiesia………..badz twarda…………….czuwam i pozdrawiam

  6. andrzejb pisze:

    Wiesia……………badz twarda……czuwam i posdrawiam……….poprawka Parkieciarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *